Tłumacz

21 sierpnia 2020

Machu Picchu cz. 1

   Nie pierwszej świeżości busik dzielnie wspinał się wysokość ponad czterech tysięcy metrów, ale gęsta mgła – czy też raczej już chmury – sprawiały, że zazwyczaj lśniące w słońcu okoliczne lodowce nie były widoczne. Podobnie jak przepaść, oddzielona od niezwykle dziurawego asfaltu wąskim poboczem. Pęknięcia i doły nawierzchni kierowca starał się – prawdopodobnie – omijać, ale nie zawsze mu wychodziło. Czasem zresztą mając do wyboru dół i świeży obryw skalny specjalnie wybierał dziurę. Jakoś nie lubił jeździć po stożkach piargowych czy sporych czarnych kamieniach dopiero co odpadłych z okolicznych skał.
Droga przez Andy
   Właściwie nie było na co narzekać – w końcu na głowę nie padało a droga była. Przecież mogło jej nie być, jak zdarzyło mi się już na Zakaukaziu czy w marokańskim Atlasie. Tu ktoś trakt wyznaczył i – nawet – wyasfaltował. Gdzieniegdzie też pojawiały się, prawda, że rzadkie, ślady prób naprawy nawierzchni.
  Czy poruszaliśmy się dawnym, prekolumbijskim szlakiem łączącym Świętą Dolinę Inków, serce Tihuantansuyu, Imperium Czterech Części, z odległymi rubieżami tego andyjskiego mocarstwa? Owymi Qhapac Nan, królewskimi drogami? Bardzo możliwe. Kiedyś zapewne biegali – biegali, na wysokości ponad 4 kilometrów – chasqi, inkascy posłańcy. Dzierżąc w rękach kipu, tajemnicze węzełkowe do dziś nie odczytane pismo pokonywali strome ścieżki.
Qhapac Nan
   Dziś terkotała się tędy stara toyota (albo nissan? Nie pamiętam; w każdym razie jakiś azjatycki był to wynalazek) z bandą gringos na pokładzie. Jechaliśmy do jednego z najsłynniejszych – o ile nie najsłynniejszego – miejsca w Ameryce Południowej: inkaskiego miasta dziś zwanego Machu Picchu. Ów rozklekotany bus był jedną z trzech dróg dotarcia do tych ruin.
Machu Picchu
  Najszybciej oczywiście można było dotrzeć tam pociągiem z Cuzco. Była to też opcja najdroższa – czasem za bilet trzeba było zapłacić i kilkaset dolarów. Oferta w sam raz dla bogatych, zachodnich turystów. Brr...
   Najdłużej na Machu Picchu wędrowało się przez góry tzw. Inca Trek. To najgęściej uczęszczany szlak turystyczny w całej Ameryce Południowej, nie tylko w Peru. Wśród tłumów turystów można znaleźć tam zarówno bacpackersów jak i miłośników koncesjonowanych przygód (w końcu można wynająć na te kilka dni tragarzy i przewodników) – częstym widokiem jest w Machu Picchu grupa, która po kilku dniach spaceru (no, przyznajmy, jakiś wysiłek trzeba włożyć w to przejście) z dumą odziewa się w koszulki z napisem "przeszedłem Inca Trail". Niestety brak adnotacji "podobnie jak kilka tysięcy innych ludzi".
  Ja wybieram opcję najtańszą – najpierw przejazd pośród ośnieżonych andyjskich szczytów, potem zjazd do dżungli przez zarośla kawowe i bananowce (przejazd był przez miejscowość Santa Teresa – w 2020 bardzo potarganą przez powódź; nie wiem jak tam teraz z trasą) i na koniec 8 kilometrów spaceru przez selva alta – dżunglę górską – wzdłuż świętej rzeki Urubamby do Aguas Caliente. Stamtąd następnego dnia wspinaczka na górę, na inkaskie ruiny. A potem z powrotem oczywiście – do Cuzco, Ollantaytambo czy innej miejscowości w Świętej Dolinie.
  Najczęściej do Cuzco – to największy punkt wypadowy do zwiedzania serca imperium Inków. Samo miasto pewnie kiedyś doczeka się osobnego wpisu, na razie posłuży mi jedynie za punkt wyjścia do zabawnej i pouczającej choć nieco niegustownej opowiastki.
Cuzco
   Otóż większość Białasów przylatuje do Cuzco prosto z Limy. Różnica wysokości jakieś 3,5 kilometra. Zawartość tlenu znikoma. Czyli dwa dni człowiek czuje się jakby miał skrzyżowanie kaca ze wstrząsem mózgu (o czym zresztą już pisałem, więc nie będę się powtarzał). Gringos od razu – może po krótkim spacerze po mieście – lecą do Machu Picchu (żeby sobie zrobić selfika na tle ruin i górującego nad nimi Wayna Picchu – szczytu takiego). Co prawda same ruiny leżą niemal 1000 metrów niżej, ale żeby się tam dostać – naszą metodą – busik musi wjechać na te 4 kilometry z górką. Tego nieprzyzwyczajone do wysokości organizmy Gringos nie są w stanie znieść.
  Pewnego razu właśnie jechaliśmy busikiem wraz z takimi "świeżymi" Białasami. Dziewczęta owe, pochodzące z kraju Wielkiego Szatana Sojusznika ewidentnie dzień wcześniej wylądowały na lotnisku w Cuzco (trudny obiekt, wymaga od pilotów sporych umiejętności i ekwilibrystyki, ponieważ otoczony jest niebotycznymi szczytami Andów) – i właśnie cierpiały strasznie. Kiedy zbliżaliśmy się do kulminacyjnego punktu trasy, przełęczy Abra Malaga turystki zaczęły krzyczeć i szarpać kierowcę (fakt, była mgła, więc nie było widać ciągnącej się wzdłuż drogi przepaści, ale takie szarpanie to i tak średni pomysł), że musi im się tu zatrzymać. Kierowca, widać zaznajomiony z procedurami, zatrzymał się. Musiał. Nie chciał mieć zapaskudzonej delikatnym bełcikiem tapicerki.
Droga do Machu Picchu
  My staramy się na wysokość, na jakiej leży Cuzco wjeżdżać. Owszem, trwa to kilkanaście godzin – lub więcej – ale opłaca się. Jadąc od wybrzeża droga wspina się bowiem na 4 kilometry (biali pasażerowie autobusów wtedy się budzą z uczuciem kaca), zjeżdża do bezpiecznej wysokości a potem wspina się na Altiplano (3800, circa) i łagodnie zjeżdża do kotliny zawierającej – patrząc od góry: smog i Cuzco. Takie zmiany wysokości pomagają w aklimatyzacji – a przy okazji można przeżyć różne przygody. Razu pewnego utkwiliśmy na cały dzień w miejscowości o nazwie Abancay, ale opowieść tą zostawię na inny wpis – w końcu ten jest o Machu Picchu.
   Ad rem: w Santa Teresa mamy już lasy deszczowe – i ciągną się one aż do samego celu wyprawy. Owszem, trzeba jeszcze jechać jakiś kawałek (kilka godzin zaledwie) po niezwykle wąskiej piaszczystej drodze na której manewr wyprzedzania sprawia, że nawet największe cojones wnicowują się do środka (mówię o turystach – miejscowi po prostu się mijają nad kilkudziesięciometrowymi przepaściami; no, może i wyżej bywa), ale co tam. Swoją drogą ta ścieżka wygląda nieraz tak, jakby poważniejsza ulewa miała ją zniszczyć...
Santa Teresa
   Czasem rzeczywiście niszczy.
   W końcu jednak wysiadamy z busa – i wita nas olbrzymia skała, bazar i końcowa stacja kolei z Cuzco. Wystarczy tylko przedrzeć się przez plantację bananowców i mamy kilka kilometrów spaceru przez dżunglę. Oczywiście, nie jest to dżungla całkiem dzika – ani tym bardziej amazońska. To selva alta, tropikalny deszczowy las górski. Deszczowy, bo pada, oczywiście. Ale nie ma co narzekać. U nas na taką wysokość na jakiej biegnie ścieżka do Aguas Caliente nie sięgają nawet najwyższe szczyty Tatr. Chyba, że jaki Gerlach. W każdym razie – dżungla jest. W niej miriady bezkręgowców, papugi, olbrzymie skrzypy (wiecie, takie jak z obrazków z dinozaurami), porosty i bromelie epifityczne, kaskady rzeki Urubamby... I tory kolejowe. Ścieżka bowiem biegnie wzdłuż trasy pociągu. Trudno się mówi.
Bazar na stacji
   Są oczywiście także Indianie, sprzedające zimne napoje – w tym dżunglowe piwo San Juan (święty Jan – w dużej części produkowane w Limie, choć można trafić także na butelkowane w Amazonii; Jan jest uznawany za patrona mieszkających w dżungli – dlaczego i który ze świętych o tym imieniu trudno mi stwierdzić, zresztą nie dociekałem).
Swięta rzeka Urubamba
   Po dwóch, może trzech godzinach (wszystko zależy od tego jak bardzo ociągamy się po drodze – kiedyś kolegę napadł rój motyli, jak z piosenki Maanamu: stanął zauroczony, i kiedy kolorowe owady latały koło niego krzyczał "jestem wróżką, jestem wróżką"; nie, nie zjadł żadnych dziwnych jagódek, po prostu tak mu się skojarzyło) docieramy do Augas Caliente – miejscowości leżącej u podnóża prekolumbijskiego miasta. Jest to coś na kształt uzdrowiska (nazwa znaczy "Gorące Wody") oraz baza wypadowa do dalszej drogi – tym razem w górę, na ruiny.
Aguas Caliente
   No a jak dalsza droga – to i dalszy ciąg nastąpi (24.08.2020).

14 sierpnia 2020

Świątynia Skrzyżowanych Dłoni

  W Huanuco, w Andach, znajduje się drugi pod względem wieku znany nauce ośrodek kulturowy na Półkuli Zachodniej. Nazywa się Kotosh i słynie ze Świątyni Skrzyżowanych Dłoni. Trzeba przyznać, że jest mniej imponujący niż Caral, póki co dzierżący w tym rejonie Świata palmę pierwszeństwa jeśli chodzi o starożytność konstrukcji.
   Jest też dużo mniej ekscytujący.
   Oraz nieznany.
Swiątynia Skrzyżowanych Dłoni
   Bardzo niewielu turystów, naukowców czy popularyzatorów nauki tu dociera. A jeśli już dotrą – to jeśli nie wiedzą, czego szukają skwitują to jak niejaki Erich von Daniken, który, owszem, Huanuco odwiedził, ale zaszczycił je tylko jednym zdaniem w swoich książkach – że nie ma tam nic ciekawego.
   Faktycznie, trudno dostrzec tam ślady kosmitów (widocznie dopiero później przylecieli by uczyć miejscowych jak budować megality, uprawiać kukurydzę, strzyc lamy et cetera, et cetera) czy Atlantów – malowidła poprzedzające rewolucję neolityczną poukrywane są w jaskiniach, same ruiny wyglądają jak... niezbyt imponujące ruiny, ogólnie, takie to trochę mało atrakcyjne.
  Choć owszem, zdarzają się tam niewielkie tajemnice – ale o tym za chwilę. Bo – żeby było ciekawiej narracyjnie – jeszcze tam nie dotarliśmy.
   Na razie siedzieliśmy na dachu parchatego hostelu w Tingo Maria i piliśmy rum. Hostel kiedyś nazywał się "California", jak z piosenki The Eagels, i taki właśnie miał klimat – choć pokoje były malutkie a schody wąskie i strome (poza tym nikt nie tańczył i nie podawał różowego szampana w lodzie, a "smells of colitos" pozostawię in pectore). Zaszło już słońce i główna ulica-bazar miasteczka powoli się wyludniała. Wkrótce też – szybciej niż byśmy chcieli – wilgotny skwar dnia przeszedł w orzeźwiający chłód podgórskiej nocy. Nagle na dole – pomiędzy zamkniętymi już budkami straganów rozległy się krzyki:
   - Złodziej! Złodziej! Łapaj złodzieja!
   Wyjrzeliśmy – z dachu mieliśmy niezłą panoramę na miasteczko – i rzeczywiście: pomiędzy straganami lawirował w panicznej ucieczce niewysoki Latynos, goniony przez niewielki tłum (niewielki tłum to taki oksymoron, jak – dajmy na to – uczciwy socjalista; naprawdę goniło kolesia kilka osób, obojga płci, choć z przewagą mężczyzn). Sytuacja była dość dynamiczna – w końcu jednak jeden z goniących obalił uciekającego mężczyznę – po chwili otoczono go zwartym kordonem i pośród okrzyków "hurra, mamy złodzieja" wymierzono sprawiedliwość.
   Sam lincz trwał krócej niż opis zdarzenia. Usatysfakcjonowany tłum po chwili znudził się i odszedł. Złodziej – możliwe, że domniemany, ale nie sądzę – poleżał jeszcze chwilę, postękał, wreszcie wstał i poszedł trzymając się za plecy i rękę. Cóż – albo przestanie kraść, albo następnym razem będzie szybszy i sprytniejszy. Trochę taka ewolucja. Dobór naturalny.
   Nikt nie wezwał policji – choć komenda była niedaleko. Raz, że była już noc, dwa – wszystko odbyło się za szybko. No i widocznie sprawa nie była jakaś poważna. Swoją drogą tak to działało na całym Świecie przez tysiąclecia.
   Właśnie tak wyglądało wieczorne życie w miasteczku – miejscu skąd chcieliśmy wyruszyć na spotkanie ze stanowiskiem archeologicznym Kotosh w Huanuco.
   O samym zaś Tingo Maria różnej maści bedekery piszą – Białas powinien stamtąd uciekać jak najszybciej. Jest tu niebezpiecznie (w końcu w okolicy "były do lat 80-tych XX wieku" olbrzymie plantacje koki; "teraz bardziej opłaca się uprawa bananowców", tjaaa).
La Bella Durmiente - Spiąca Piękność i panorama Tingo Maria
   Nam się nic nie stało – a okolice Tingo Marii okazały się nad podziw urocze. Miasto leży pośród gór porośniętych selva alta dżunglą górską (ta, w przeciwieństwie do selva baja, dżungli nizinnej, nie chce zabić przyjezdnego na każdym kroku; najwyżej na co drugim) nad dwoma rzekami (w języku keczua "tingo" znaczy tylko co "skrzyżowanie") i ma do zaoferowania turystom – raczej miejscowym, gringos idąc za radą bedekerów szybko stąd uciekają – kilka atrakcji: chociażby Cueva de las Lechuzas – Jaskinię Sów, zamieszkałą przez owocożerne nocne ptaki o nieciekawej polskiej nazwie "tłuszczaki" (używają echolokacji jak nietoperze), hiszpańskim konkwistadorom kojarzące się właśnie z sowami czy wspaniałe (trochę ubarwiam) dżunglowe wodospady – w których można się bezpiecznie wykąpać i poczuć jak w jakimś holywoodzkim przygodowym romansidle (kino nowej przygody rządzi, czyż nie, doktorze Jones?).
Jaskinia Sów
Wodospad Santa Carmen
   Nas – a przynajmniej mnie – urzekła tzw. "sekta Jezusów". Wcześniej tylko o niej słyszałem – otóż w południowoamerykańskiej dżungli (miejscu z racji odległości doskonałym do zakładania sekt i nowych ruchów religijnych; oraz jako refugium dla starych) powstała grupa, której założyciel ogłosił się inkarnacją Pana Jezusa. Od tamtej pory członkowie sekty ubierają się jak z obrazka w Biblii dla dzieci oraz – z racji genetycznych predyspozycji żółtej odmiany człowieka jest to niezwykle trudne – zapuszczają brody. Panie oczywiście występują w strojach Maryi.
   Stała sobie taka ekipa na owej głównej bazarowej ulicy miasta, Avenida Almeida – w dzień, więc była policja a nie było linczów – i nauczała. Miejscowi czasem przystawali, kiwali głowami i szli dalej – ale oni robią tak zawsze. Pokiwają głową, tak, tak, dobrze gada – i pójdą.
Sekta Jezusów
   My zaś ruszyliśmy do Huanuco. Miasto było jeszcze mniej przyjazne niż Tingo Maria, złapaliśmy więc mototaksówkę i dojechaliśmy do pobliskiego Kotosh.
Stanowisko archeologiczne Kotosh
   Nic dziwnego, że pan von Daniken nie zachwycił się stanowiskiem archeologicznym. Mnie jednak urzekło. Jako, że miejsce było użytkowane przez wiele stuleci – jak wspominałem w pobliskich jaskiniach były bardzo stare malowidła – ma dziś budowę warstwową – jak Troja. Żeby odkopać i zrekonstruować ową Templo de las Manos Cruzadas (nazwa od dwóch płaskorzeźb przedstawiających właśnie skrzyżowane dłonie – niby jedne męskie, drugie żeńskie, symbolizować miały... no, nie wiadomo, wiele jest teorii) trzeba było najpierw zdjąć późniejszą świątynię, czy też jej pozostałości. Obecnie stoi ona obok swej starszej poprzedniczki.
Skrzyżowane dłonie
   - A to jeszcze nie koniec – pracownica niewielkiego muzeum z dumą wyprężyła swoją latynoską pierś – w wyniku dalszych prac odkryto, że pod naszą świątynią jest jeszcze starsza! Może więc się okazać, że nasze Kotosh jest najstarszym miejscem osadnictwa w Ameryce Południowej! Starszym niż Caral!
   Kto wie – faktycznie, podłoga Świątyni była rozkopana, więc z niecierpliwością czekam na wyniki badań. Tylko, że wtedy trzeba będzie zapewne rozebrać obecny budynek i przenieść go w inne miejsce, tak, jak zrobiono z młodszą świątynią. Warto dodać, że jeżeli ktoś spodziewa się w tym miejscu potężnych megalitycznych budowli podobnych do słynnych Świątyń Maltańskich to się rozczaruje (jak imć Erich). Nie przypominają te budowle nawet chociażby majorkańskich talayotów. Są niewielkie, zbudowane z relatywnie małych kamieni oraz takie... Mało tajemnicze (choć w oryginale Świątynia Skrzyżowanych Dłoni stała na ośmiostopniowym podwyższeniu – czyli w sumie była to piramida). Nawet jeśli okażą się najstarszymi.
Miejsce przyszłych odkryć
   Choć oczywiście jest tu kilka sekretów.
   - Widzicie tą kulę na zboczu – nasza przewodniczka wskazała dziwny, nienaturalnie wyglądający głaz – Tam są właśnie wejścia do jaskiń z rysunkami. A sam kamień ma naprawdę dziwny kształt. Prawdopodobnie został obrobiony żeby był taki kulisty. Możliwe, że wyznaczał jakieś ważne miejsce.
   Możliwe. Kto wie.
  - A teraz stańcie tutaj – dziewczyna wskazała płaski kamień znajdujący się pośrodku kręgu – Niech jedno z was stanie i coś powie. Słyszycie pogłos?
   Rzeczywiście, stojąc w centrum tego okręgu nasze słowa miały całkiem ciekawy pogłos – wystarczyło przesunąć się krok w jedną czy drugą stronę, a wszystko ustawało. Ciekawe zjawisko akustyczne, pewnie polegające na interferowaniu się fal – nie znam się, nie jestem ekspertem. Mógłby jakiś fizyk czy inny akustyk pojechać to zbadać. Chętnie się dowiem o co tam chodzi.
   Swoją drogą kultury prekolumbijskie często zakładały sanktuaria – a Kotosh zapewne spełniało też taką rolę – w miejscach o ciekawej akustyce.
   Ostatnią atrakcją stanowiska archeologicznego był krajobraz:
  - Ta góra – przewodniczka wskazała charakterystyczne wzniesienie – była obiektem kultu. Z racji kształtu oddawano tu cześć Pachamamie, Bogini Matce, Bogini Ziemi.
  Faktycznie, szczyt przypominał zaciśniętą pięść – zresztą mieszkańcy Andów lubują się w wynajdowaniu najrozmaitszych kształtów w naturalnych formacjach. Forma góry i jej domniemana funkcja wywołały ciekawą dyskusję, z jeszcze ciekawszą konkluzją:
   - Słuchajcie – rzekł kolega – Czy jakbym walnął w tą górę pięścią to znaczyłoby, że zbiłem żółwika z Ziemią?
Ruiny i Góra-Pięść
   Nie przetłumaczyliśmy tego naszej pani przewodnik – nie było po co dziewczyny peszyć – zrobiliśmy jeszcze jeden obchód po ruinach i ruszyliśmy w dalszą drogę przez góry, ku wybrzeżom Oceanu Spokojnego (ale o tym innym razem, wszak tyle jest w Peru gór jeszcze do opisania).
   Drugie najstarsze znane miejsce osadnictwa na Półkuli Zachodniej zostało zaliczone (na Półkuli Wschodniej zresztą też).

10 sierpnia 2020

Laurisilva

  Trzeciorzęd. Okres geologiczny trwający przez 3 miliony lat od wyginięcia dinozaurów do, mniej więcej, pojawienia się Człowieka (tym stwierdzeniem narażę się zapewne wielbicielom pewnej byłej pani Premier oraz fanom tzw. Kamieni z Iki na których są wyryci ludzie latający na pterodaktylach, ale co tam). Generalnie dość długo i dość dawno to było (i w sumie okazuje się, że nieprawda, bo trzeciorzędu już nie ma – podzielono go na dwie inne jednostki, ale ja nadal będę używał dawnej nazwy; starych drzew się nie przesadza).
   Współcześnie mamy bardzo niewiele możliwości zerknięcia jak wyglądała ta epoka, zasiedlona przez olbrzymie gatunki ptaków i ssaków – tak zwaną trzeciorzędową megafaunę. Oczywiście, mamy słynne Rancho La Brea w Stanach Zjednoczonych, gdzie wydobyto z ropy naftowej tony szczątków zwierzęcych, gdzieniegdzie w muzeach – także w Polsce – zerkniemy na mamuta (swoją drogą na wyspach Oceanu Arktycznego mamuty przetrwały niemal do naszych czasów – przy okazji: swego czasu Syberia słynęła z eksportu kości słoniowej, mamuciej właściwie; co jakiś czas zresztą w wiecznej zmarzlinie znajdujemy zamrożonego, włochatego trąbowca – któryś car rozkazał nawet tegoż zwierza przyrządzić i podać gościom; nie smakowało, albo dla tego, że mięso zbyt długo leżało w zamrażarce, albo też, że ostatni kucharz umiejący mamuta przyrządzić wyginął razem z nimi). Nosorożce włochate, czy inne gliptodony właściwie się z nami minęły, ale tak naprawdę megafauna skończyła się wraz z trzeciorzędem i nadejściem czwartorzędu wraz z jego zlodowaceniami (przypominam, że w Instytucie Badań Czwartorzędu zlokalizowana była słynna filmowa Szuflandia, hejkum-kejkum). Resztki owej megafauny przetrwały w Afryce, więc jakimś wglądem będzie zapewne safari w Parku Narodowym Serengeti, ale klimat od tamtego czasu trochę się zmienił, więc będzie to tylko namiastka Trzeciorzędu – a poza tym miejscowe słonie czy nosorożce też są na krawędzi zagłady.
   Cały trzeciorzęd więc wziął i przeminął. Cały? Nie! Została niewielka enklawa, otoczona rzymskimi obozami Delirium... Została niewielka enklawa – lasy wawrzynolistne, rosnące po dziś dzień na Wyspach Szczęśliwych.
Epifity lasów wawrzynolistnych
   Kilka atlantyckich archipelagów, gdzie w związku z odpowiednim klimatem przetrwały jeszcze w szczątkowej formie zbiorowiska leśne porastające onegdaj to, co kiedyś miało stać się Europą. Na kontynencie nie przetrwały. Kolaps afrykańskiej i europejskiej płyty kontynentalnej wraz z orogenezą alpejską czy plejstoceńskie zlodowacenia skutecznie zmieniły szatę roślinną (no, w czasie zlodowaceń to nawet ją usunęły – dopiero potem wróciła) naszej części Świata.
Laurisilva
   A tu zostały. Na Maderze (nazwa z języka portugalskiego znaczy "drewno") i kanaryjskiej La Gomerze laurisilva, lasy wawrzynolistne zostały nawet wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, choć gdy powstawały nasi przodkowie nie odkryli jeszcze, że można kamieniem rozbić głowę sąsiadowi (a odkryli to dosyć wcześnie).
   Mało widziałem równie ponurych lasów. Owszem, w dżungli wszystko chce Cię zabić, eukaliptusy lubią co jakiś czas spłonąć, w monokulturze sosnowej możesz dostać mandat od leśniczego (a w Sherwood strzałę od banitów) – ale laurisilva są po prostu mocno depresyjne. Mgliste. Mroczne. Tak, jak gdyby nie były przystosowane dla Człowieka (i w sumie nie są).
Las wawrzynolistny
  Guanczowie, prawdopodobnie pierwsi mieszkańcy Wysp Kanaryjskich nie mieli w tych leśnych ostępach zbyt wesołego życia. Nic dziwnego, że swoje sanktuaria budowali na bezleśnych szczytach wzgórz.
Garajonay
  Czemu więc stworzyłem wpis o czymś, co zdaje się być nie do końca atrakcyjne? Raz, bo jako biolog (i miłośnik Wysp Kanaryjskich) uważam Laurisilva za coś naprawdę niezwykłego. Dwa, bo lasy te, mimo ich niegościnności potrafią być przepiękne.
La Gomera
   Wszechobecna wilgoć – głównym źródłem owej w Makaronezji są mgły; stąd lasy wawrzynolistne bywają bardzo zamglone – sprawia, że poskręcane gałęzie drzew wręcz oblepione są epifitami (czyli roślinami żyjącymi na innych roślinach i nie przynoszącymi im strat) – mchy i porosty są tu po prostu wszędzie. Zgoda, nie będą to porośla takie jak w dżungli czy równie wiekowych australijskich lasów deszczowych Gondwany (też UNESCO), ale jak ktoś zachwycał się naszymi brodaczkami w Puszczy Białowieskiej, będzie pod wrażeniem (ja się nie zachwycałem, ale prawie metrowe porosty z rodzaju brodaczka zwisające z drzew naprawdę robią wrażenie – tylko potrzebują bardzo czystego powietrza, stąd u nas chyba tylko na Podlasiu).
   Do tego jeśli już wysuniemy głowę spomiędzy drzew – na przykład wdrapując się Garajonay, najwyższy szczy La Gomery (z sanktuarium Gunaczów) to – jeśli będzie słońce – poczujemy się jak Bilbo Baggins, kiedy wdrapał się na drzewo w Mrocznej Puszczy i ujrzał ją z góry. Będzie ładnie.
Mgła
   Chyba, że będzie mglisto. Wtedy to się nic nie zobaczy, ale za to będzie bardzo mistycznie. Któregoś razu siedziałem sobie na tarasie knajpki pośrodku lasów wawrzynolistnych i spijałem gomeron – miejscowy przysmak (z La Gomery, jak się można domyślać po nazwie) zrobiony z tzw miodu palmowego (syrop taki, słodki bardzo) i podziwiałem widoki, gdy – nagle, bez ostrzeżenia, cały Świat pogrążył się w otchłani mgły (ależ grafomańskie zdanie, wypisz-wymaluj z jakiejś słabej książki fantasy). Od razu też zrobiło się chłodniej – i wilgotniej. Dopiłem kieliszek i niemal po omacku (bo była mgła, a nie dlatego, że gomeron zawiera alkohol metylowy, nie) dotarłem na swoją kwaterę. Tego dnia nie pozwiedzałem okolicy.
   Reasumując – podróż na Wyspy Szczęśliwe to trochę też (ale nie tylko, oczywiście) podróż w przeszłość. Nawet do czasów tak odległych jak trzeciorzęd. Ja ze swojej strony mogę tylko polecić – i zachęcić do odwiedzenia tych lasów. Z niezbyt jasnych dla mnie przyczyn jakoś nie są one głównym celem turystów odwiedzających Makaronezję...
Laurisilva

7 sierpnia 2020

Piramidy i jaskiniowcy

   Güímar to niewielkie miasteczko na Teneryfie na Wyspach Kanaryjskich, o czym już zresztą miałem okazję wspominać. Leży ono we wschodniej (czyli tam padają deszcze) części wyspy u stóp wulkanicznego masywu Pico del Teide (właściwie można przyjąć też założenie, że cała Teneryfa jest jednym wielkim masywem wulkanicznym, ale to nie prawda – jest ich tu co najmniej cztery) pomiędzy plantacjami bananowców oraz nielicznymi (w tej części wyspy) winnicami.
   Znajdują się tu tajemnicze piramidy, czy może nawet Piramidy. Jest ich sześć i przywodzą na myśl zagubione w jukatańskiej dżungli sakralne budowle Majów.
Piramidy w Guimar
   Na szerokie wody nauki i popkultury guimarskie budowle wypłynęły na początku lat 90-tych XX wieku, kiedy zajął się nimi niezwykły Thor Heyerdal. Już o nim wspominałem, kto chce sobie doczyta, na tą chwilę wystarczy, że powiem iż norweski badacz zajmował się (między innymi) paralelami pomiędzy cywilizacjami Starego i Nowego Świata. Głęboko był bowiem przekonany, że wczesne kultury ludzkie (to znaczy takie, które zaczęły już tworzyć cywilizację – albo i organizmy państwowe) potrafiły dość swobodnie przemieszczać się po kuli ziemskiej. Prawdopodobnie tak było, choć skala kontaktów między poszczególnymi rejonami Świata pozostaje niezbadana.
   Informacja dla niedowiarków – Fenicjanie, na rozkaz egipskiego faraona opłynęli Afrykę. Nikt im jednak nie uwierzył, bo zanotowali, że słońce pokazuje się na niebie po północnej stronie. Za takie bluźnierstwo Hannon, dowódca wyprawy mógł spokojnie stracić głowę. Kto wie zresztą, czy nie stracił. Sam Thor Heyerdal przepłynął Atlantyk na łodzi z papirusu (albo totory, to właściwie to samo, ale jedno rośnie w Egipcie, drugie w Andach – i na Wyspie Wielkanocnej) a Pacyfik na tratwie z drzewa balsy – i to mimo braku doświadczenia. Antyczni, mający w kościach wiele lat żeglowania poruszali się po morzach i oceanach zapewne z większą dezynwolturą niż norweski badacz.
Totora w Andach
   W każdym razie Heyerdal uważał, że antyczne cywilizacje kontaktowały się między sobą, a piramidy są jednym z dowodów na wymianę myśli i technologii. Innym jest na przykład sposób budowy trzcinowych łodzi – w muzeum nieopodal Piramid w Güímar znajdują się całe listy międzycywilizacyjnych paraleli – chociażby mapa rozmieszczenia piramid – w Afryce, Azji, Amerykach i Europie. Jako ciekawostkę mogę podać – nie ma tego w muzeum – iż ludowa, etniczna muzyka andyjskich Indian Ajmara oparta jest na pentatonice i bardzo zbliżona do chińskiej (czyli ciężka w odbiorze dla Europejczyków); podobnie zresztą jak i tradycyjne stroje.
Muzeum w Guimar - analogie
   Albo więc antyczni podróżnicy roznosili po całym Świecie idee i technologie, albo... Albo Człowiek w każdym zakątku Ziemi zbudowany jest podobnie, ten sam mózg, te same ręce, wpada na te same pomysły, stosując te same techniki. Obie te teorie nie muszą się oczywiście wykluczać.
   Jest jeszcze trzecia, związana z jakąś pradawną rasą, która albo rozprzestrzeniła się z jednego miejsca na Ziemi (ani chybi z Atlantydy, nie?) ucząc barbarzyńców swojej dziś już zapomnianej zaawansowanej technologii, no albo (AAS, Ancient Astronauts Society, nie?) owe zdobycze technologiczne zostały nam dane przez kosmitów – w sobie tylko wiadomym celu dbających o rozwój Ludzkości.
   No właśnie.
  Atlantyda – Wyspy Kanaryjskie, leżące na Atlantyku, muszą oczywiście znaleźć się na liście potencjalnych Atlantyd. 
   Czy wraz z innymi archipelagami Makaronezji (Wyspy Zielonego Przylądka, Azory, Madera) są szczytami tego zatopionego kontynentu? Raczej nie, odkrycie dryfu kontynentalnego na początku XX stulecia obaliło tą hipotezę (ale oczywiście zawsze znajdzie się ktoś kto to zaneguje).
Piramida w Guimar
   A piramidy? Przecież są. Na początku uważano je za sterty kamieni – rolnicy na Teneryfie oczyszczając pola układali kamienie w pryzmy – i używano do, na przykład, budowy domów. Podobno takich konstrukcji na całej wyspie było multum – w samym Güímarze oprócz sześciu zachowanych jeszcze trzy inne. Po zbadaniu sprawy przez Heyerdala okazało się, że nie – że zbudowane są nie z miejscowego kamienia tylko ze skał wulkanicznych (no ale przecież cała wyspa jest pochodzenia wulkanicznego... może na miejscu są innego typu skały wulkaniczne?) i na dodatek kamienie narożne nosiły ślady obróbki.
   Ani chybi – prawdziwe piramidy. Do tego w jaskini pod jedną z piramid mieszkali Guanczowie – kanaryjscy aborygeni.
Sztuka Guanczów
Dziedzictwo neolitu
  Igwanciyen, Guanczowie to rdzenni mieszkańcy Wysp Kanaryjskich – dziś już wymarli (choć zapewne jakiś procent genów Kanaryjczyków jest guanczowy – swoją drogą czasem na Teneryfie można spotkać napisy: "Goci do domu" – chodzi tu oczywiście o przybyszów z kontynentu, mających w części wizygockie korzenie lub "Teneryfa Guanczowa i Niepodległa" – gdzieś tam się dziedzictwo aborygenów tli w świadomości mieszkańców). Kiedy Hiszpanie przypłynęli na wyspy spotkali prymitywną kulturę – neolityczną, więc istniało pasterstwo i wczesne rolnictwo – jaskiniowców. Nie przeszkodziło to przybyszom dostać bęcki na Teneryfie i Gomerze – wyspach, gdzie Guanczowie tworzyli dość zgrane państewka. Finalnie jednak miejscowi przegrali i zostali w większości eksterminowani. Nie zachował się język – istnieją pewne przesłanki, że był to jeden z języków berberyjskich (pozdrawiam znajomych Berberów z Maroka), do dziś używanych, mimo agresywnej arabizacji, w Zachodniej Afryce – głównie na Saharze i w Górach Atlas – choć na La Gomerze przetrwał "el silbo", język gwizdów; dziś jest nauczany w szkołach. Niewiele pozostało po kulturze materialnej Guanczów – trochę ceramiki, obsydianowych narzędzi, parę mumii (to kolejna paralela między Starym i Nowym Światem) kilka ośrodków kultowych – najlepiej zachowany widziałem na Gomerze, we wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO Parku Narodowym Garajonay – na najwyższym wzniesieniu wyspy – Garajonay właśnie.
   Nie wyglądał imponująco.
Garajonay
  Widząc wytwory kultury Guanczów trudno przypuszczać, że mogliby być potomkami jakiejś wysoko zaawansowanej cywilizacji – choć nie oznacza to, że kiedyś nie mogli wznieść piramid, prawda? W końcu każda szanująca się antyczna cywilizacja wznosiła wielkie budowle – czy to kamienne, czy to ziemne, czy to drewniane.
   Antyczni podróżnicy i pisarze znali wyspy Makaronezji (na Azorach odkryto fenickie monety) – Teneryfę nazywano w czasach rzymskich Nivaria – w związku z ośnieżonym szczytem Teide. Na części wysp znaleziono pismo o libijskiej proweniencji. Co do piramid – greko-rzymscy autorzy piszą, że na można tu było znaleźć ruiny starożytnych (już wtedy) budowli. Jednak, piszą też, że wyspy były bezludne. Albo więc zmyślają, albo Guanczowie musieli przybyć z Afryki – bo raczej są spokrewnieni z Berberami (Berberzy których spotkałem nie mają zbyt dużo fenotypowych cech semickich; trafiają się rudowłosi i jasnoocy niemal kromaniończycy, ale także ciemnoskórzy choć nie typowi negroidzi) – po czasach rzymskich (a przed nadejściem islamu, ponieważ nie znali Allaha). Pytanie, czy wtedy możliwe by było, żeby stali na tak niskim poziomie rozwoju?
Mumia - rekonstrukcja
   Trudno odpowiedzieć na to pytanie – może być przecież tak, że wyspy nie były bezludne, ale też nie było na nich starożytnych ruin. Jak było naprawdę nie dowiemy się chyba nigdy.
   I na zakończenie powrót do Güímaru – swoją drogą przed konkwistą była to stolica jednego z dziesięciu królestw na Teneryfie – i jego piramid. Badając jakiś czas po Heyerdalu budowle potwierdzono odkrycia Norwega – rzeczywiście, schodkowe konstrukcje zbudowano celowo, wcześniej plantując i przygotowując teren pod budowę, ale...
   W warstwie gleby pod piramidami znaleziono narzędzia z XIX wieku.

3 sierpnia 2020

Teneryfa cz. 2

   Poprzedni wpis – poświęcony raczej niezwykle urokliwej przyrodzie Teneryfy – zakończyłem wzmianką o La Laguna. Czy też może, jak brzmi pełna nazwa miasta – San Cristobal de la Laguna ("Święty Krzysztof znad Jeziora" – jeziora już nie ma, wyschło, została tylko nazwa).
   Jest to pierwsza stolica wyspy – założona przez Hiszpanów po pokonaniu Guanczów. Swoją drogą aborygeni z Tenerefy, żyjący na poziomie epoki kamienia, niemal 100 lat opierali się europejskim najeźdźcom. Ulegli ostatecznie dopiero pod koniec 1495 roku – czyli kiedy niejaki Krzysztof Kolumb (chwilę wcześniej odwiedzający w czasie swej pierwszej wyprawy wyspy – La Gomera była ostatnim postojem trzech niewielkich statków przed przekroczeniem Atlantyku) już doniósł o odkryciu zachodniej drogi Indii (trochę minął się z prawdą, ale co tam).
La Laguna
   Ma La Laguna wielki wpływ na dalszą historię podboju Ameryki (pomijam fakt, że z Teneryfy pochodziła przecież rodzina Simona Bolivara, El Libertadora, Wyzwoliciela – przywódcy antykolonialnego powstania w Ameryce Południowej i twórcy większości państw istniejących na tym kontynencie) – miasto to było bowiem pierwszym hiszpańskim kolonialnym ośrodkiem. Niejako eksperymentem. Następne miasta, zakładane już w Nowym Świecie, były wzorowane właśnie na La Lagunie (przyzna to każdy, kto chociażby przespaceruje się limańską dzielnicą Rimac – to ta zachowana z czasów kolonialnych – skóra zdjęta z La Laguny). Jedno, co dodano, taki amerykański sznyt, to regularna siatka ulic. Pomysł ten, zaczerpnięty od Indian (i jakże obcy chaotycznej, hiszpańskiej duszy) okazał się być wspaniałym patentem – łatwo parcelowało się tereny przyszłego miasta oraz – co ważniejsze – nie wymagało to udziału drogich geodetów.
La Laguna
   W San Cristobal de la Laguna jeszcze tego nie ma. Jest za to iberyjski barok z charakterystycznymi drewnianymi zabudowanymi balkonami oraz z sięgającymi jeszcze czasów rzymskich obowiązkowymi podwórcami wewnątrz rezydencjalnych domów.
   La Lagunę założono w dobrym miejscu – nad jeziorem, więc był rezerwuar wody pitnej (uzupełniany oczywiście deszczami, to opadowa część wyspy) oraz dość daleko od brzegów morskich. Chroniło to przed napadami piratów – głównie angielskich (brytyjscy turyści tłumnie odwiedzający wyspę zapewne stwierdzą, że to nie byli piraci, ino korsarze, posiadający legalne listy kaperskie wystawione przez angielskiego monarchę – zresztą kpem byłby ten kto korsarzem nazwałby admirała Blake'a w służbie Rzeczypospolitej Angielskiej, a on też podle Teneryfy walczył). Zresztą kiedy już przeniesiono stolicę do nadmorskiego Santa Cruz można się było przekonać, jak dobrą lokację miała La Laguna. Nowa stolica rychło stała się celem ataków (do dziś w Santa Cruz, ale i w Puerto de la Cruz, można zobaczyć pozostałości fortów czy baterii artyleryjskich chroniących miasta). Podczas jednego z nich prawe ramię stracił słynny Horacy Nelson, brytyjski bohater narodowy spod Trafalgaru (jego pomnik na placu upamiętniającym owo zwycięstwo to jeden z symboli Londynu).
Fort św Jana
   Przed hiszpańskim podbojem na Teneryfie raczej miast nie było (choć antyczni pisarze wspominają o jakichś ruinach na bezludnych wtedy wyspach). Guanczowie budowali co prawda niewielkie kamienne wioski, ale mieszkali też w licznych na Wyspach Kanaryjskich jaskiniach. Sporo informacji o aborygenach znajduje się w Muzeum Historii Naturalnej w Santa Cruz – udało mi się je zwiedzić za darmo – jako nauczyciel (co prawda w stanie spoczynku) dostałem specjalną, gratisową wejściówkę. Czyli jednak są jakieś benefity związane z pracą w szkole.
   Co do jaskiniowców – także dziś można się na takich natknąć. Przejeżdżając kilkukrotnie teneryfską autostradą zauważyłem dziwną konstrukcję – cały las... anten. Stały sobie te urządzenia w szczerym polu i nijak nie wyglądały – choć taki był pierwszy zamysł – na chociażby wojskową stację nadawczą czy nasłuchową. Właściwie była to grupa anten wyglądających jak telewizyjne, ale czemu znajdowały się w szczerym polu? Przecież w okolicy nie było nawet glinianej chatki...
   Sprawdziłem to. Okazało się, że anteny stoją na klifie, w którym znajduje się jaskinia. W której to jaskini zbudowana została wioska. Cóż, jaskiniowcy, nie jaskiniowcy, mieszkańcy raczej chcieliby pooglądać telewizję, a w pieczarze sygnał słaby... Każdy mieszkaniec wyprowadził więc antenę na górę klifu – i tak oto powstało dziwne, druciane pole. Wioska nazywa się Los Barrancos, tak przy okazji.
Wioska jaskiniowa
   Rzeczona osada znajduje się całkiem niedaleko Candelarii. To mała mieścina z czarną, wulkaniczną plażą i jaskinią będącą miejscem pielgrzymek (obecnie jaskinia jest zamknięta dla zwiedzających, ponieważ w związku z niszczącą działalnością morskich fal grozi zawaleniem). W owej grocie, jeszcze przed konkwistą, Guanczowie znaleźli wyrzucony przez posąg La Morenity – Matki Boskiej z Dzieciątkiem Jezus o czarnej twarzy – i rozpoczęli oddawanie mu czci. Po przyjęciu chrześcijaństwa w Candelarii ustanowiono sanktuarium Matki Boskiej Gromnicznej oraz wybudowano, już współcześnie, spory kościół. Widoczna w ołtarzu rzeźba jest jednak tylko kopią. Jakiś czas po konkwiście morskie fale zabrały z powrotem oryginalną figurę La Morenity. A i po Guanczach zostały tylko – jest to oczywiście artystyczna impresja – posągi prehiszpańskich władców wyspy stojące na placu przed bazyliką.
Candelaria i posągi Guanczów
   A z kolei niedaleko Candelarii (cóż, tak naprawdę to na Teneryfie wszędzie jest blisko) znajduje się miasteczko Güímar. Senna mieścina otoczona plantacjami bananowców leży u stóp wulkanu i ma piramidy.
Piramidy w Guimar
   Dokładniej: 6 schodkowych budowli (było podobno 9, ale trzy rozebrano jakiś czas temu na części) przypominających Piramidę Dżasera oraz mezoamerykańskie świątynie. Budowlami tymi zainteresował się sam Thor Heyerdal, pionier archeologii eksperymentalnej, badacz i podróżnik – i doszedł do wniosku, że budowle te są autentyczne i antyczne – możliwe, że pochodzą nawet sprzed osadnictwa Guanczów – którzy żyli przecież na poziomie epoki kamienia. Mimo późniejszych kontrowersji związanych z wiekiem budowli obecnie są one chronione przez miejscowe muzeum, dedykowane właśnie słynnemu norweskiemu naukowcowi. Można tam zobaczyć repliki słynnych łodzi Heyerdala (Kon-Tiki, Ra, Ra II, Tiger) oraz dowiedzieć się o analogiach w kulturach Starego i Nowego Świata. Jest także ogród z trującymi roślinami, tak z innej beczki. Cóż, obecnie muzeum to główna turystyczna atrakcja miasteczka, oraz powód na wpisanie przez wielu poszukiwaczy Teneryfy na listę potencjalnych Atlantyd.
   Tak więc oprócz przepięknej przyrody (Pico del Teide oczywiście) i historii ma też Teneryfa swoje tajemnice – jak chyba żadna inna wyspa Makaronezji. Na pewno jest warta odwiedzenia – i gdy tylko szczęśliwie minie panosząca się obecnie pandemia koronawirusa na pewno wyspę odwiedzę. Do czego i Was zachęcam.

Najchętniej czytane

Kiosk

     Po takiej małej przerwie w nadawaniu spowodowanej względami, jak to się ładnie mówi, pozasportowymi, wracam do Sieradza (bo też i tu o...