Tłumacz

13 listopada 2020

Kujawskie megality cz. 1

    Jakiś czas temu opisywałem swoją wizytę w jedynym polskim dolmenie (czyli archaicznym grobowcu korytarzowym) w Borkowie na Pomorzu, ale przecież śladów przeszłości – bardzo odległej – na naszych ziemiach jest dużo więcej.
    Sztandarowym przykładem niechże będą tzw. Kopce kujawskie – czyli neolityczne grobowce zaliczane do megalitów.

Grobowiec w Wietrzychowicach
    Zacznijmy jednak ab ovo – czyli od samego początku.
    A ów ginie w pomroce dziejów.

Dolmen z Borkowa
    To znaczy: jakieś 5,5 tysiąca lat przed tym, zanim wsiadłem w samochód i w czasach zarazy pojechałem na Kujawy oglądać te najstarsze w Polsce zachowane budowle (niezachowanych, wiadomo, obaczyć nie lza) ziemie te zajęła tzw kultura pucharów lejkowych. Nazwa niezbyt chwytliwa, trzeba przyznać – i na dodatek niezbyt wpadająca w ucho. Istniejące w tym samym czasie cywilizacje Sumeru, Egiptu czy Harappy brzmią dużo lepiej – i sporo więcej po nich zostało, aczkolwiek KPL – Kapeelowie – Kultura Pucharów Lejkowatych – też nie ma się czego wstydzić. O tym jednak za chwilę.
    Nazwę tej cywilizacji (a co – niechże będę trochę megalomanem, w dzisiejszych czasach, kiedy wielu zwolenników ma teoria tzw. Turbosłowian, Lechitów panujących onegdaj nad połową Eurazji, można trochę zaszaleć) wymyślili archeolodzy – ponieważ ludzie ci lepili – znali bowiem garncarstwo – ozdobne naczynia o lejkowatych kształtach. Cóż, czasem archeologom brak miodu w sercach fantazji.
    Ci pierwsi rolnicy na naszych ziemiach (samo rolnictwo – według obecnych danych – w naszej części Świata odkryto w Gobekli Tepe; to pogranicze dzisiejszej Turcji i Syrii) okazali się nadzwyczaj łepskimi kolesiami – oprócz lepienia dzbanów z gliny stosowali także orkę sprzężajną czy – i tu prawdziwa bomba – koło. Na wazie znalezionej w Bronocicach (a przechowywanej w krakowskim Muzeum Archeologicznym) widnieje najstarszy znany wizerunek wozu czterokołowego. Z dyszlem. I jarzmem (zapewne narożnym – takie bowiem, poobcierane, rogi turów znaleziono w czasie pracy wykopaliskowych w Bronocicach). Kto chce zobaczyć – niech, nie zważając na smog, jedzie do Krakowa – waza (a raczej jej kopia udostępniona zwiedzającym) to zdecydowanie najcenniejszy zabytek tego muzeum (a przecież znaleźć tam można egipskie mumie czy niezwykle zagadkowego Światowida ze Zbrucza), i w mojej opinii, jeden z cenniejszych w Polsce (albo – megalomanii ciąg dalszy – na Świecie).
Swiatowid ze Zbrucza
    No dobrze – ktoś powie – ale jaka jest pewność, że właśnie tutaj po raz pierwszy wynaleziono koło.
    Odpowiem – żadna. Właściwie to ten epokowy wynalazek powstał niezależnie w wielu miejscach na Świecie. Dajmy na to andyjskich górali, którzy przez wieki tworzyli jedną po drugiej peruwiańskie cywilizacje. Odkryli także koło, ale w związku z niezbyt zdatnym terenem i brakiem odpowiednich zwierząt pociągowych pomysł zarzucono – ostatnia z andyjskich cywilizacji, Tahuantinsuyu, Imperium Inków, miała wspaniale rozgałęzioną sieć dróg, Qhapac Nan, ale poruszały się nimi karawany jucznych indiańskich żon lam czy alpak – oraz chasqi, szybkonodzy posłańcy. Wynalazek się nie sprawdził.
Andyjska droga
    Dlaczego jednak uważam, że to na naszych ziemiach doszło – mimo wszystko – do pierwszego, jednego z pierwszych, zastosowań wozu? O jednym czynniku już wspominałem – były tu odpowiednie zwierzęta. Oczywiście, ktoś zripostuje, że przecież Sumer, Egipt czy Mohendżo Daro (mówię tu tylko o bliższych nam kulturach – nie o istniejących już w tym czasie zalążkach kultury chińskiej) też mieli krowy, woły czy inne zebu. Owszem. Ale tu przychodzi z pomocą archeologia eksperymentalna (to ta gałąź nauki, którą rozpropagował niezrównany Thor Heyerdal – wyszedł z założenia, że nie ma co mówić, że archaiczne ludy czegoś nie umiały, należy spróbować ich metodami; tak z Peru dopłynął na Polinezję a z Afryki do Ameryki – na – odpowiednio – tratwie z drewna balsy i trzcinowej łódce). I to taka, w którą każdy może się pobawić.
    Potrzebne będą: pustynia, nadrzeczny muł i las pierwotny (wbrew pozorom nie jest on gęstwiną – w przeciwnym razie żubry czy wymarłe tury nie miałyby lekkiego życia; polecam jechać do Białowieży i przespacerować się po rezerwatach Parku Narodowego; puszcza jest przestronna niczym gotycka katedra). No, w ostateczności wystarczy piaskownica, trochę błota i zagajnik. Oraz załadowana po brzegi taczka. Ciekawe, po jakim podłożu najłatwiej będzie się na kole poruszać?

Las pierwotny w Białowieskim Parku Narodowym (foto z arch. Autora)

    No właśnie. Logicznym się wydaje, że pod względem zaawansowania użytkowania pojazdów kołowych Kapeelowie wcale nie odstawali od starszych i bardziej rozwiniętych cywilizacji. Można śmiało założyć, że byli w awangardzie rozwoju tego środka transportu (cóż, wypada tylko smutno westchnąć, że pięć tysięcy lat później na tych samych terenach szczytem rodzimej myśli technicznej był niezgrabny i paliwożerny polonez; syrena przynajmniej miała ładną linię).
    Z innych ciekawostek – najstarsze znane ślady serowarstwa też pochodzą z Kujaw.

Leszczyna
    Czemu z Kujaw właśnie? Tam bowiem były (nadal są) niezwykle urodzajne i lekkie gleby, które z łatwością można było – po wykarczowaniu lasu – uprawiać (lasy karczowano głównie ogniem i krzemiennymi siekierkami – krzemień mógł pochodzić z neolitycznego zagłębia przemysłowego w dzisiejszych Krzemionkach Opatowskich). Dietę zapewne uzupełniano korzystając z darów lasu, ale podstawą egzystencji było rolnictwo – bardzo wydajne (jak na tamtejsze standardy) – zapewniało wyżywienie olbrzymiej liczbie ludności. Podobne zaludnienie na tych terenach to dopiero czasy kultury łużyckiej (czyli pierwsze tysiąclecie przed Chr.; Biskupin powstał w tym samym czasie co pierwsze osady na terenie Rzymu).
    Miały Kujawy jeszcze jedną ważną dla Kapeelów rzecz: liczne głazy narzutowe. Czemu ważną? Bowiem ówcześni rolnicy nie odbiegali w swojej umysłowości od reszty neolitycznych mieszkańców Europy – lubili wznosić olbrzymie, kamienne konstrukcje – megality. Czy to na Malcie, czy innych wyspach Morza Śródziemnego, czy w Wielkiej Brytanii, Francji, Hiszpanii – wszędzie budowano olbrzymie, kamienne – bądź kamienno-ziemne – struktury. Najstarsze są – o czym już pisałem – na Malcie, najbardziej znane – w Anglii (Stonehenge – o poszukiwaniach polskiego odpowiednika też już było). Chęć wznoszenia monumentalnych budowli była tak silna, że tam, gdzie łatwo dostępnych głazów nie było – na przykład bardziej na południu Polski, gdzie lodowiec nie dotarł – budowano analogiczne konstrukcje z drewna. Jakiś czas temu znaleziono zresztą taki drewniany odpowiednik kopców kujawskich – a raczej to, co zeń zostało: megaksylony, z racji nietrwałości materiału, nie zostawiły zbyt wielu śladów.
    Megality za to – owszem. Niestety, jako, że kopce kujawskie zbudowane były na żyznych ziemiach, wielokrotnie potem zasiedlanych, niewiele ich pozostało. Podobno jeszcze w XIX wieku na Kujawach i Wielkopolsce były ich setki – ale zostały zaorane. Dziś przetrwało ich tylko kilkanaście, choć niedawno w lesie niedaleko wielkopolskiego Wilczyna znaleziono cały kompleks grobowy.
    Bo były to – na co wskazują pochówki wewnątrz – grobowce.
    5,5 tysiąca lat po ich usypaniu wsiadłem w auto i ruszyłem na Kujawy by zobaczyć co z nich zostało.

Zostało zaś to: Gaj Stolarski, Sarnowo, Wietrzychowice.

6 listopada 2020

In silentio et spe fortitudo mea

In silentio et spe fortitudo mea
   
In silentio et spe fortitudo mea – moja siła w ciszy i nadziei – było
dewizą margrabiego Jana Hohenzollerna (Johann von Brandenburg-Küstrin), XVI-wiecznego udzielnego władcy nadodrzańskiego kraiku ze stolicą w Kostrzynie – Nowej Marchii Brandenburskiej. Dzisiaj trudno uwierzyć, że to niewielkie, powiatowe miasteczko było nie tylko stolicą państwa, ale także odegrało istotną rolę w historii całego późniejszego Królestwa Pruskiego (a co za tym idzie – w historii upadku Rzeczypospolitej Obojga Narodów) – o tym, że w okolicy w Średniowieczu pomieszkiwali słynni templariusze to w ogóle nie ma co wspominać.
  
W każdym razie Jan, syn władcy Brandenburgii Joachima I okazał się włodarzem nad wyraz zacnym, nic więc dziwnego, że aż do 1945 roku rynek miasta – w czasach pruskich zamienionego na twierdzę, Festung Küstrin – zdobił pomnik monarchy. Z wypisanym na cokole credo owego Hohenzollerna.

Krajobraz po koncertach
    Dziś Kostrzyn nad Odrą nijak jednak nie kojarzy się ani z margrabią Janem, ani z twierdzą (o której za chwilę) – jest to miejsce organizowanych przez Jerzego Owsiaka olbrzymich festiwali muzycznych, po których – w myśl dewizy "róbta co chceta" – okoliczne pola zalegają tony śmieci. Wielokrotnie byłem uczestnikiem woodstockowej (jak się wtedy nazywał festiwal, teraz ma inną nazwę) zabawy, ba, na koncercie (darmowym) zespołu Prodigy uczestniczyło wraz ze mną grubo ponad milion osób (oficjalnie jakieś 800 tysięcy, ale to znacznie zaniżona liczba), więc wiem co mówię. Niestety, niewielka tylko część koncertowiczów trafiła z pola namiotowego na kostrzyńskie stare miasto – raz, że zajęci byli zabawą, dwa – że w 1945 roku miasto odwiedziła Armia Radziecka (ocalał położony w niejakim oddaleniu jeden z dwóch w Polsce piętrowych dworców kolejowych – ale tego faktu niektórzy korzystający z tzw. Pociągów woodstockowych też zapewne nie zakonotowali). A jak krasnoarmiejcy gdzieś przyjadą, to wiadomo: kamień na kamieniu.
Twierdza Kostrzyn
    Położone u zbiegu rzek Warty i Odry miasteczko przez wieki stanowiło strategiczny punkt na szlakach (handlowych i wojskowych) komunikacyjnych, nic więc dziwnego, że po włączeniu go do Brandenburgii/Prus rychło zostało przekształcone w prawdziwą twierdzę. Kostrzynem zawładnął duch epoki Fryderyka II Wielkiego – już nie cisza i nadzieja margrabiego Jana (choć nota bene to on rozpoczął wznoszenie fortyfikacji), a prawdziwy pruski militaryzm. Z samą twierdzą wielki władca nie mógł mieć dobrych wspomnień – to właśnie tu, na oczach młodego jeszcze następcy tronu wykonano – na rozkaz ojca Fryderyka Wilhelma I – egzekucję najbliższego elektorskiego druha i przyjaciela (możliwe, że nawet bardzo, hm, "nowoczesnego" przyjaciela) Hansa Hermanna von Katte. Biografowie Fryderyka piszą, że zdarzenie to miało spory wpływ na psychikę i późniejszą postawę wielkiego władcy – ale może dzięki temu Hohenzollern, "filozof z Sanssouci", tak zafascynował Woltera i innych oświeceniowych myślicieli? W każdym razie protestanckie Prusy wkrótce pożarły znaczną część upadającej Rzeczypospolitej i poczęły rozpychać się na mapie Europy kosztem także innych sąsiadów – Saksonii, Austrii czy Danii. Okolice Kostrzyna były też świadkiem jednej z bitew genialnego władcy – dziś już zapomnianej batalii pod Sarbinowem Roku Pańskiego 1758 (historycy wojskowości zapewne o tej krwawej łaźni nie zapomnieli – podają ją jako przykład potyczki w której obie strony – Rosja i Prusy – poniosły maksymalne straty przy minimalnych korzyściach).
Bitwa pod Sarbinowem
    W każdym razie u progu epoki nowożytnej Kostrzyn nad Odrą nabawił się potężnych fortyfikacji, które w związku z gwałtownym rozwojem artylerii okazały się już po zbudowaniu być przestarzałe. Niemniej dziś są jedynym świadectwem minionej świetności. Przechodząc przez jedną z zachowanych bram miasta-twierdzy wkracza się bowiem do całkiem innego Świata.
Brama Berlińska
    Świata blizn po II wojnie światowej.
Dawna fara
   
Warszawę, Wrocław czy Lipsk odbudowano (swoją drogą na odbudowę Warszawy rozbierano starówki innych miast, głównie z tzw. Ziem Odzyskanych; cegła z Kostrzyna także pojechała nad Wisłę), BerlinRotterdam czy Coventry są nowoczesnymi miastami – ale dziesiątki niewielkich miasteczek (albo i wielkich, jak Królewiec),
głównie leżących na szlaku przemarszu Armii Czerwonej w latach 1944-45, zostało bezpowrotnie zniszczonych. W niektórych coś tam odbudowano (Elbląg na przykład, ale dopiero po zakończeniu sowieckiej okupacji), w innych zabytkowe stare miasta ozdobiono blokowiskami w wielkiej płyty, a Kostrzyn został taki, jaki był w 1945 roku. Zniszczony niemal w 100 procentach. Dlaczego?
Stare miasto
Dawna ulica
    Odpowiedzi musiałem poszukać po drugiej stronie Odry – na dawnych przedmieściach kostrzyńskich – do których swoją drogą przed 1945 rokiem docierał tramwaj (uważny obserwator na zgliszczach miejskiej starówki znajdzie jeszcze kawałek nieukradzionych torów). Ważną poszlaką było to, że jeszcze kilka lat po wojnie pośród ruin stała wieża miejscowego zamku – ale z jakichś względów ktoś kazał ją wysadzić.
Twierdza
   
Podpytując miejscowych – potomków kresowiaków przemocą wyrwanych ze swoich domostw i przywiezionych tutaj – dowiedziałem się: Armia Czerwona.
   
Otóż okupanci – zarówno Polski, jak i części Niemiec – stwierdzili, że zamkowa wieża może być wspaniałym punktem obserwacyjnym (albo stanowiskiem ogniowym) dla – w domyśle imperialistycznego – wroga. A ponieważ za rzeką, na terytorium NRD, znajdowały się koszary bratniej armii wieża musiała być zburzona. A samo miasto – nieodbudowane. I rzeczywiście, dopiero niedawno odrestaurowano fragment starówki (jest tam hotel, a w odbudowanej pobliskiej bramie stworzono stację benzynową), ale współczesny Kostrzyn rozwinął się całkiem gdzie indziej (i bardzo, moim zdaniem, stracił na urodzie).

Koszary
    Same koszary opuszczono zapewne na początku lat 90-tych XX wieku i od tamtej pory stoją nieużywane. Ale mimo to są w bardzo dobrym stanie. Wiem, sprawdziłem to razem z kolegą.
Sztuka socjalistyczna
    Owszem, drzwi są zamknięte na cztery spusty, ale otwarte okna aż proszą się o eksplorację. Wewnątrz wyposażenia nie ma za dużo – wszystko, co tylko można było krasnoarmiejcy zabrali ze sobą. Zostało kilka socrealistycznych rzeźb i... Stojaki na broń. Taka pamiątka po Zimnej Wojnie.
Zbrojownia
    Prawdziwą skarbnicą historii okazał się jednak strych koszar. Krokwie – powoli próchniejące – pokryte były niemal w całości żołnierskimi graffiti: "Ałma-Ata", "Narwa", "Taszkient", "Irkuck" – na tą odległą placówkę okupacyjną przybywali chłopcy z całego ZSRS. Służba musiała być nudna – w okolicy nie było żadnego dużego miasta, zresztą chyba zwykli szeregowcy mieli ograniczony kontakt z ludnością podbitą – ale żmudna. Do tego odległość od domu... W Związku Radzieckim pewnie nie było czegoś takiego jak depresja, ale dam głowę, że nie wszyscy chłopcy zobaczyli z powrotem brzegi Oki czy Jeniseju.
Wojskowe graffiti
    Myszkując po trzeszczącym i próchniejącym strychu okazało się, że można zeń dostać się do innej części budynku koszarowego – co ciekawe, ów pion był niedostępny z pozostałych pięter koszar. Wiodła do niego całkowicie osobna klatka schodowa. Czy był to "pion dowodzenia"? Nie wiem. Ale w jednym z pomieszczeń natknęliśmy się na olbrzymią mapę Europy – nieco zdartą, ale czytelną. Może w tym pokoju dowództwo oczekiwało rozkazu ataku Północnej Grupy Wojsk Układu Warszawskiego na RFN i Danię? Kto wie.
Mapa
    Wyjście z tej tajnej części również musiało odbyć się przez strych – jak wspominałem trzeszczący i próchniejący. Kilka lat temu, kiedy odwiedziłem koszary dach był cały, a podłogowe deski dopiero zaczynały się rozkładać, ale dziś nie wiem, czy tak spokojnie mógłbym po nich spacerować (i one słabsze, i ja dorodniejszy), więc odradzam. Zwłaszcza, że jest dużo ciekawszych i atrakcyjniejszych miejsc pozostawionych przez czerwonych okupantów. Koszary spenetrowałem bo akurat przechodziłem z tragarzami byłem blisko i miałem chwilę czasu.
   
Co do śladów Armii Czerwonej po polskiej stronie Odry – jakiś czas temu mury twierdzy zdobiło radzieckie godło oraz cmentarz wojenny krasnoarmiejców prących na Berlin. Napisałem: cmentarz – ale tak naprawdę był to tylko cenotaf. Groby żołnierzy znajdują się w innych miejscach miasta, na twierdzy pochówków nie było – dlatego, mimo sprzeciwu strony rosyjskiej – zdecydowano się na zlikwidowanie symboli radzieckich okupantów.

Dawny cenotaf żołnierzy Armii Czerwonej
    A starego miasta nie odbudowano. Dobry margrabia Jan nie wrócił na (odnowiony jakiś czas temu) cokół pomnika, i w ciszy czeka z nadzieją lepszej przyszłości.
Cokół pomnika Jana Kostrzyńskiego po renowacj

29 października 2020

Smaczne chwasty

     Dobra – ile można o zabytkach i historii pisać.
    Skoro jakiś czas temu się zapowiedziałem, że będzie o jedzeniu chwastów – no to być musi. Jakbym słowa nie dotrzymał byłbym jako cymbał brzmiący politykiem. A na to jestem zbyt uczciwy – tak mnie Mama wychowała.

Babka lekarska
    Poza tym wpis o "Kuchni w czasach zarazy" miał całkiem sporo wyświetleń – więc można pociągnąć dalej te kulinarne peregrynacje podróże Adamasa.
    No i jeśli – albo raczej kiedy – przyjdzie ogólnoświatowy kryzys albo jaka wojna warto wiedzieć co można zjeść – i do tego smacznie.
    Na przykład mrówki można zjeść – o czym już pisałem – i termity (choć tych ostatnich w naszym klimacie nie uświadczysz). Albo pędraki chrabąszcza (smakują jak kurczak) czy pasikoniki (skrzyżowanie czipsów i popkornu). Lub – ewentualnie – chwasty.
    W ramach prowadzonych przeze mnie zajęć z survivalu zawsze pokazuję – i sam zjadam – najsmaczniejsze rośliny występujące w naszym otoczeniu. Od razu zaznaczam – nie jestem ekspertem, takim jest chociażby pan Łukasz Łuczaj, ja po prostu lubię zjeść.
    Wiosną będzie to pokrzywa – o której już pisałem – ale na zieloną sałatkę nadadzą się młode liście mniszka lekarskiego (czyli popularnego mlecyka), krwawnika pospolitego czy szczawiu (albo szczawika – to ta koniczyna o sercowatych listkach, czasemuprawiana w doniczkach w wersji ozdobnej; kiedyś zjadłem takiego hodowlanego kwiatka koledze, o którym wspominałem w kontekście pięknego miasta Tossa de Mar; potem zawsze chował doniczkę jak przychodziłem). Młode liście lipy albo klonu też są smaczne.
Pokrzywa
    A babka lekarska – Plantago officinalis – to nie tylko świetny opatrunek na rany, ale i niezły dodatek do naleśników (jeno bierzcie młode liście, stare są łykowate).
   
Ale żeby nie robić tu całego zielnika – zresztą sporo jest w Internetach rad co jeść jak się umiera z głodu jest weganem – to ograniczę się do trzech chwastów, które każdy miał w ogródku (chyba, że ktoś nie ma ogródka – wtedy mógł takiego chwasta spotkać gdzie indziej: w doniczce, na klombie, na trawniku, w przerwach między płytami chodnikowymi).

   
Na początek totalny odlot. Gatunek przywleczony do Europy
z Ameryki Południowej. Tam na każdym szanującym się bazarze można kupić tą roślinę, zwaną pacoyuyo cimarron na pęczki. U nas? Chwast. Nikt nawet nie zwróci na nią uwagi, ba, większość osób nie wie nawet jak się ona nazywa.
Peruwiański targ
    W sumie może i dobrze, bo nazwę ma średnią: żółtlica owłosiona, Galinsoga quadriradiata.
    Tja.
    Ale smakowo – to jest bomba. Lubicie pestki słonecznika? On też pochodzi z Ameryki, i smakuje podobnie jak żółtlica. Na surowo – jako dodatek do kanapek, do twarożku – po prostu ekstra. Żeby się najeść pewnie trzeba by zjeść tego jakieś niebotyczne ilości, ale ten smak. Polecam, zdecydowanie polecam.
Pacoyuyo cimarron
    Druga roślina jest gatunkiem rodzimym. Kiedyś rzadki – ale odkąd pierwsi neolityczni rolnicy rozpoczęli na naszych ziemiach karczunek lasów i uprawę zbóż i warzyw pojawiła się ona. Kocha świeżo przekopaną ziemię, rośnie jak na drożdżach, może być bladoniebieska albo purpurowoczerwona – komosa biała, Chenopodium album.
    Lebioda.
    Szpinak ubogich.
Lebioda
   Znana potrawa głodowa – wczesną wiosną używana jako substytut mąki – bo jest bardzo pożywna. I smaczna. Przez cały okres wegetacji można używać jej liści jako dodatku do jajecznicy, do makaronów, do zup. Nawet można zjeść na surowo. Ale prawdziwe oblicze pokazuje pod koniec lata – kiedy zaczyna wydawać drobne i niepozorne owoce.
    I to jest hit – niezwykle pożywne i smaczne.
    Ktoś powie: nie będę jadł lebiody. To dla jakichś biednych wieśniaków. Po czym, jako, że jest nowoczesny, pobiegnie do marketu i kupi trochę modnej ostatnio quinuy. Quinua pochodzi z Andów i naprawdę nazywa się komosa ryżowa. Ma większe owoce niż nasza komosa biała, lebioda, ale dużo mniej intensywne w smaku. I droższe. A jedyny koszt pozyskania nasion lebiody to schylić się po nie (dobra – są pożywne, ale schylać się trzeba po wielokroć, bo naprawdę są drobne).
    Trzeci bohater dzisiejszego wpisu nazywa się ładnie: gwiazdnica pospolita, Stellaria vulgaris. Smakuje za to mniej wyraziście od dwóch poprzednich. Może lekko orzechowo? W każdym razie jest dosyć krucha i ma przepiękne białe kwiatki – malutkie, kilka milimetrów średnicy. Ma ten plus nad poprzednimi roślinami, że właściwie jest dostępna cały rok. W czasie łagodnej zimy świeże pędy gwiazdnicy bez trudu znajdziemy pod śniegiem nawet (albo w doniczce, jak ktoś nie ma ogródka).
Gwiazdnica i mrówki
    Z połączenia tych mocy tych roślin może powstać naprawdę bombowa potrawa. I na dodatek międzykontynentalna.
Chwasty
    Podsmażam czosnek (Eurazja) i paprykę chili (Ameryka Południowa) na oleju – niech będzie słonecznikowy, z Ameryki Środkowej, dodaję ugotowany makaron – najładniej wyglądają piórka (wynaleziony w Chinach), konserwową kukurydzę (Ameryka) a na sam koniec posiekaną żółtlicę, gwiazdnicę i liście lebiody (można dodać też nasiona – lebiodzianą kaszę). Ale zieleninę naprawdę na ostatku – tak, żeby się tylko lekko zblanszowała. Swoją drogą jak ktoś nie ma akurat ząbków czosnku można użyć także zielone części rośliny (albo genialny czosnek niedźwiedzi – byleby nie pomylić z silnie trującą konwalią majową) albo popularny chwast czosnaczek pospolity. A żeby nie było całkiem bezzwierzęco – finalnym produktem dorzuconym do potrawy niech będzie ser. Kozi, a co.
Chwastowe jedzenie
    Na talerzu jest więc smacznie i kolorowo (a je się przede wszystkim oczami) – do pełnej tęczy brakuje jeszcze niebieskiego – ja używam płatków rośliny pochodzącej z Bliskiego Wschodu – chabra bławatka (swoją drogą z kwiatów tej rośliny można zrobić

wino – ma piękną barwę denaturatu i wspaniały, łagodny smak; z mniszka lekarskiego wino trąci delikatnie gruszką).
Chaber bławatek
    Jak się komuś zaś nie chce chwastów w nadmiernej liczbie szukać – wtedy wracamy do żółtlicy. Rośnie na każdej grządce, wystarczy jej nie wypielić – i mamy materiał na pesto. Czosnek, orzechy laskowe (wspominałem kiedyś, że od tysiącleci w naszym klimacie były podstawą diety – tym żywili się neolityczni budowniczowie megalitów) zamiast piniowych, makaron – i voila! Ja na talerzu smak łamię owocostanami typowo okrajkowego krzewu Rubus sp., czyli maliną. Bo lubię. A poza tym ładnie wygląda.

Makaron z pesto żółtlicowym przybrany gwiazdnicą i maliną

    Co prawda z tymi potrawami trzeba będzie poczekać do wiosny – ale warto. I już na zaś mówię: smacznego.

PS: jakby ktoś potrzebował fioletowego na talerzu to kwiaty fiołka nie dość, że jadalne, to jeszcze delikatne w smaku.

23 października 2020

Kolberg - czyli sól cz. 4

    O tym jak bardzo sól jest potrzebna – i gdzie jest wydobywana – pisałem już między innymi tu i tu. Ba, nawet takie cuda jak Salar de Uyuni na Altiplano w Boliwii doczekały się osobnego wpisu. Nic więc dziwnego, że w jednej z opowiastek wspominałem też o Kołobrzegu – mieście, które powstało właśnie dzięki soli – i dzięki której zbudowało w Średniowieczu swoją potęgę.

Naczynia do uzyskiwania soli
    Słowianie przyszli na te tereny w okolicach VII/VIII wieku naszej ery i od razu w miejscu zwanym dziś Wyspą Solną założono osadę pozyskującą sól z gorących solankowych źródeł. W IX wieku osada rozrosła się do warownego grodu, a w X Mieszko I przyłączył twierdzę do Państwa Gnieźnieńskiego. Jak ważny to był ośrodek może świadczyć to, że w 1000 roku Bolesław I Wielki i Otton III Rudy umieszczają w dzisiejszym Kołobrzegu jednego z trzech nowych biskupów podległych nowoerygowanej Archidiecezji Gnieźnieńskiej. Biskupem Solca Kołobrzeskiego (Salsa Cholbergiensis po łacinie), jak wtedy zwał się gród, został niejaki Reinbern (niepobiskupił długo, kilka lat później biskupstwo upada, a Pomorzan trwale nawróci dopiero św Otton z Brambergu). Potem nazwa została skrócona do samego Kołobrzegu (czyli Nadbrzeżnej Fortecy w wolnym tłumaczeniu na współczesny polski) – zresztą takie skrócenia zdarzały się częściej: Magna Sal – Wielka Sól – to dziś Wieliczka.
Port
    W XII wieku ostatecznie miejscowi Gryfici uzyskują niezależność od Polski (na rzecz Danii) ale na bogate, hanzeatyckie miasto chrapkę mają i Szwedzi, i Brandenburczycy. Po Wojnie Trzydziestoletniej miasto na stałe wchodzi w orbitę wpływów niemieckich i finalnie – jako Kolberg – od 1701 do 1945 należy do Prus.
    W międzyczasie zostaje zamienione w twierdzę – tak potężną, że opiera się w 1807 roku wojskom napoleońskim (wielomiesięczną obronę jako symbol oporu wykorzystają pod koniec II wojny światowej Niemcy naziści – ostatnim i najdroższym filmem III Rzeszy będzie "Kolberg" – jak każda socjalistyczna propagandówka zakłamujący historię i rzeczywistość) – a potem zostaje modnym nadbałtyckim uzdrowiskiem.
Fort Morast w Twierdzy Kolberg
    Wszystko zmienia się wraz z nadejściem Armii Czerwonej... Wiem, wiem, w poprzednich kilku wpisach co i rusz było "czerwonoarmiści zniszczyli", "krasnoarmiejcy splądrowali"... To może być nudne – ale takie są fakty. Akurat taka seria wpisów o terenach zdewastowanych przez Sowietów. Na sam koniec inwazji miejscowi sami niszczyli swój dobytek, by tylko nie wpadł w ręce sołdaterki. Podobno rzekami Przymorza w lutym 1945 do Bałtyku spływało wszystko – od drogich futer po krzesła – wrzucane tam przez miejscowych Niemców i potomków Słowińców – byle tylko nie wpadło w radzieckie łapy. Spora liczba kobiet – tak na wszelki wypadek – popełniła samobójstwa. Uchroniło je to przed dużo bardziej hańbiącą śmiercią z

rąk socjalistycznych oprawców. Ale o tym przecież w czasach sowieckiej okupacji Polski nie wolno było mówić.
Latarnia morska
    W każdym razie spokojne uzdrowisko jakim był Kolberg zostało zniszczone w 90%. Dziś już odbudowana średniowieczna Bazylika Mariacka dostała serię z katiuszy a resztki obrońców skapitulowały w Forcie Ujście w miejscu gdzie dziś wznosi się latarnia morska.
    Miejscowe – bardzo przyjazne i ciekawe – Muzeum Oręża Polskiego jest współorganizatorem rekonstrukcji historycznej "Zdobycie Kołobrzegu". Jak mówił mi pracownik placówki – w 2020 roku zabawa się nie odbyła "bo wirus". Po cichu wszyscy liczą, że uda się w październiku.
    - Pogoda podobna jak w marcu, a mieliśmy naprawdę liczne zgłoszenia grup rekonstrukcyjnych. Ile pieniędzy poszło na promocję! Reklamy. Ech. Oby nam wyszło.
Muzeum Oręża Polskiego
    W Kołobrzegu odbyły się też zaślubiny Polski z morzem upamiętnione socrealistycznym pomnikiem (A.D. 1945 – konkurencyjny pomnik jest w pobliskim Mrzeżynie) oraz – w roku 1000 – wypędzenie z Bałtyku diabłów i innych złych duchów (biskup Reinbern wrzucił w toń wodną cztery kamienie namaszczone świętymi olejami w znak krzyża).
Torfowisko niskie w Dźwirzynie
    Dziś Kołobrzeg wraca do formy – znowu jest uzdrowiskiem (nastawionym, podobnie jak Świnoujście, na klienta z Niemiec, a więc jest drogi) gdzie wykorzystuje się borowiny (w okolicy jest sporo torfowisk niskich) oraz solankę – będącą przecież powodem założenia miasta te kilkanaście wieków temu.
    Obecnie na Wyspie Solnej znajduje się niewielki publiczny zdrój skąd można nabrać leczniczej wody. Kiedy oglądałem instalację i robiłem jej niezbyt udane zdjęcie zagadał mnie miejscowy – i chwilę poopowiadał o tym miejskim skarbie:
    - No tak, używana jest w uzdrowiskach, zgadza się. Ale my pożytkujemy ją głównie do kiszenia ogórków.
Zdrój solankowy
    I tym wesołym akcentem powinienem zakończyć, ale przypomniało mi się, że w odbudowanej bazylice znajduje się jeden z najcenniejszych średniowiecznych zabytków – jeden z pięciu zachowanych na Świecie gotyckich kandelabrów. Stoi sobie w nawie bocznej i waży kilka ton – a mało brakło a poszedłby na złom. W czasie oblężenia przez Sowietów świecznik rozkręcono i ukryto.
Katedra
    Został znaleziony
przypadkiem w czasie odbudowy kościoła i jako jakieś żelastwo spieniężony przez robotników na złom. W ostatniej chwili jeden ze znawców sztuki odkupił bezcenne arcydzieło i dziś można je podziwiać w bazylice – podobnie jak dwa niezwykle cenne żyrandole, chrzcielnicę, stele i kilka obrazów – ale o tym można sobie przeczytać w Internetach. Ja zachęcam do odwiedzenia Kołobrzegu – bo bardzo mnie zaskoczył. Przyjeżdżając nastawiałem się na komunistyczne blokowisko (owszem, jest w tym trochę prawdy), a tu całkiem się zdziwiłem. Przypomina normalne, nie post-sowieckie, miasto. Serendypność.
Gotycki świecznik

16 października 2020

Kraina w Kratę

    Slogan "Kraina w Kratę" kojarzy się raczej ze Szkocją – dziką krainą w której mężczyźni biegają w kraciastych kiecach bez majtek, a osty i pokrzywy dorastają do pasa. Pije się tam też taką rudą wódę na myszach, bardzo niesmaczną i zaciągającą drewnem, a zakąsza się ją haggisem, baranim żołądkiem nadziewanym podrobami i kaszą (taka podróbka naszej kaszanki, ale ja akurat lubię). Tymczasem "Kraina w Kratę" znajduje się także u nas, na Pomorzu Środkowym, w okolicach Słupska.
   
Skąd nazwa? Od szachulcowych ścian budynków, wyglądających bardzo kraciasto. Za stolicę tej krainy uważa się Swołowo, niewielką wieś o układzie średniowiecznej owalnicy (jak wskazuje nazwa, na środku miejscowości jest majdan – plac ze stawem i kościołem – a zabudowania stoją dookoła) niemal w całości zbudowaną z szachulca.

Swołowo - zagroda Albrechta

    Czym jest szachulec?
    Jest to ściana o konstrukcji ryglowej, gdzie przestrzeń między szkieletem z drewna wypełniona jest słomą i gliną (w przeciwieństwie do muru pruskiego, gdzie wypełnienie jest ceglane). Innymi słowy – jest to konstrukcja na wskroś biodegradowalna i tania.
    Skąd się szachulec wziął w okolicach Słupska (albo na Dolnym Śląsku czy Żuławach)?
Żuławski dom podcieniowy
   W Średniowieczu na tych terenach rozpoczęła się intensywna kolonizacja (no, może nie tak intensywna jak na Śląsku) – władcy tych terenów sprowadzali z przeżywającego silny wzrost demograficzny Świętego Imperium Rzymskiego osadników (głównie niemieckojęzycznych) którzy przynosili nowe technologie budowlane. Idę o zakład, że na początku miejscowi wyśmiewali się z szachulcowej konstrukcji:
    - Dom z błota i słomy? Głupki! Toć zaro się to rozwali.
Karczma na Dolnym Sląsku
    Rychło okazało się, że słoma i glina izolują przed zimnem równie dobrze, jeśli nie lepiej, jak drewniane pale, do tego ściana z gliny jest łatwiejsza w naprawie i konserwacji oraz – at last but not the least – tańsza. Na tą samą powierzchnię zużywano dużo mniej drewna – podobnym kosztem można było więc postawić większe gospodarstwo (a wypełnienie drewnianego stelaża – słoma i glina – były dostępne za darmo przecież) – i tak również miejscowi przejęli szachulec miast domów z litego drewna.
    Rzeczywiście, zagrody do dziś zachowane w Swołowie porażają ogromem kubatury – zarówno budynków gospodarczych jak i mieszkalnych. Taka sytuacja.
    Jako, że byłem akurat w Słupsku (miasto w znacznej mierze zniszczone przez Armię Czerwoną i rządy komunistów – na rynku straszy zamiast ratusza ohydny pawilon handlowy, bloki na starówce i niezwykle zaniedbane bulwary nad Słupią – tych ostatnich szkoda, bo miejsce przeurocze, obok pozostałości murów miejskich; widocznie ostatnie inwestycje miejskie były zupełnie bez głowy prowadzone – w efekcie poprzedni włodarz miasta w wyborach na urząd Prezydenta RP dostał tu śladowe ilości głosów; na szczęście zachował się Zamek Książąt Pomorskich i Młyn Zamkowy – najstarszy istniejący zakład przemysłowy na terenie Polski) postanowiłem ową kraciastą krainę spenetrować.
Zamek, młyn i brama w Słupsku
    Pech chciał, że był weekend – na komunikację między poszczególnymi miejscowościami nie mogłem zbytnio liczyć (chyba, że chciałbym się dostać do Ustki, to tak; swoją drogą zabytkowe centrum tego niewielkiego portu też jest szachulcowe – i bardzo urocze) więc pozostawał mi spacer. Trochę ponad 10 kilometrów w jedną stronę (na szczęście idąc tam zatrzymałem Polaków z Niderlandów którzy podrzucili mnie kawałek, a z powrotem do Słupska przywiózł mnie Niemiec z Kwedlinburga – miasta w dużej mierze zbudowanego z muru pruskiego, wyglądającego z zewnątrz jak szachulec przecież – zwiedzający Pomorze; pędzący nad Bałtyk młodzi, wykształceni, z wielkich ośrodków autostopowiczów nie zabierali, o czym zresztą już pisałem), więc nie było źle. Oczywiście żar lejący się z nieba dawał się mocno we znaki, na dodatek posługiwałem się niezbyt dokładną (i aktualną) mapą i trochę błądziłem po otaczających Swołowo wzgórzach, ale w końcu dotarłem do celu.
Centrum Ustki
    Rzeczywiście, cała wioska jest zbudowana z szachulca. I to takiego mającego dobrze ze 150 lat. Jedynym starszym – i ceglanym (albo kamiennym, pod tynkiem trudno to ocenić) jest wzniesiony przez joannitów XV-wieczny kościół na środku majdanu.
Swołowo
Kościół na majdanie
   
Warto dodać, że zagrody udostępnione zwiedzającym są całkiem znośnie odnowione (a w miejscowym sklepiku była oranżada "na miejscu" – więc wycieczka całkiem udana) i faktycznie robią wrażenie. Miejsce ze wszech miar godne polecenia.
Swołowo
    Swoją drogą okoliczne wioski także szczycą się szachulcowymi domami czy stodołami, ale zdecydowanie w mniejszej ilości – i gorszym stanie.
    Jeśli jednak ktoś chciałby mieć pełny obraz polskich budowli szachulcowych musi porzucić "Krainę w Kratę" i pojechać na Dolny Śląsk. Znajdują się tam dwa przecudne obiekty, docenione także przez UNESCO umieszczeniem ich na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości – Kościoły Pokoju w Jaworze i Świdnicy (kiedyś był jeszcze w Głogowie, ale spłonął).
Kościół Pokoju w Swidnicy
    Otóż po Pokoju Westfalskim (A.D. 1648) kończącym krwawą, religijną Wojnę Trzydziestoletnią (u nas na historii niewiele się mówi o tym konflikcie – ponieważ Rzeczypospolitej on zwyczajnie nie dotknął; dla mieszkańców I RP kwestia wyznania była sprawą prywatną i nikt nie toczył o to wojen – w przeciwieństwie do krajów Europy Zachodniej) protestantom na Śląsku zagwarantowano możliwość wzniesienia trzech kościołów. Niby niewiele, ale lepszy rydz niż nic – zwłaszcza w tak arcykatolickim państwie jak Monarchia Habsburgów. Był to niewątpliwy sukces protestanckiej dyplomacji, ale – kościoły musiały być zbudowane w przeciągu roku, z surowców nietrwałych (drewno, słoma, glina), bez użycia gwoździ i w odległości jednego strzału z armaty od murów miejskich. Do tego miały nie przypominać kościołów. Warunki te spełniono – i tak powstały szachulcowe Kościoły Pokoju.
Śląski barok
   
Próżno jednak szukać w ich wnętrzach luterańskiej skromności – bogaci protestanccy fundatorzy świątyń postawili na barokowy przepych – i nie ustępowali w tym najlepszym kontrreformacyjnym artystom. Wewnątrz kościołów – dziś katolickich – aż kipi od bogactwa. Naprawdę warto je odwiedzić.

    Oczywiście Kościoły Pokoju nie są jedynymi drewnianymi konstrukcjami w Polsce docenionymi przez UNESCO. Mamy jeszcze średniowieczne kościoły Podkarpacia i Małopolski oraz karpackie cerkwie – ale, że nie są szachulcowe to o nich tym razem nie będzie. Może kiedy indziej.

Najchętniej czytane

Kurhany

     Jadąc drogą krajową numer 12 ze starożytnego Kalisza do Sieradza (albo, jak to się mówi, curyk z powrotem) zbliżając się już do stol...