Tłumacz

21 stycznia 2022

Przedbobony

    W poprzednim wpisie – o Złej Czarownicy i Chatce na Kurzej Łapce, znaczy o wiatrakach – pojawiło się słowo: przedbobon (możliwe, że wymyślone przez wybitnego tłumacza pana Piotra W. Cholewę – o tym, że złe tłumaczenie jest złe i odbiera radość z czytania książki pisałem już przy okazji megalitycznych teorii spiskowych) – a oznaczające przesąd, który jest prawdziwy, w przeciwieństwie do zabobonu, czyli przesądu, który prawdziwy nie jest i który nie ma oparcia w naukowych faktach. Wbrew pozorom przedbobonów jest całkiem dużo – choć w powstawanie ich czasami wkład ma magia.
    Znaczy: nie taroty, zaklęcia i inne bzdety, a pewien proces kulturowy opisany przez nieocenionego Jakuba Jerzego Frazera jako "magia sympatyczna". Polega to na tym, że człowiek przypisuje podobne właściwości podobnym przedmiotom – często było to (i jest) wykorzystywane w medycynie ludowej. Najczęściej magia sympatyczna w medycynie działa na zasadzie efektu placebo (czyli wiary w to, że lek pomoże), bardzo rzadko faktycznie takie lekarstwa okazują się skuteczne. Najbardziej znanym efektem stosowania magii sympatycznej jest przetrzebienie stad nosorożców – ich "róg" znajduje bowiem zastosowanie w tradycyjnej medycynie Dalekiego Wschodu jako lek na potencję: skoro róg sterczy, to i rożek kuracjusza powinien po zażyciu sztywno stać... Frajerzy płacą grube miliony yuanów czy innych miejscowych walut za coś, co jest w uproszczeniu zmielonym naskórkiem, wzwód nie następuje, a nosorożce giną. Znaczy – w tym wypadku to zabobon jest.
    Ale wracajmy do przedbobonów. We wpisie będzie zaledwie o kilku, w końcu nie jestem jakimś pogromcą mitów, żeby tropić wszystkie przesądy i sprawdzać, czy są przed- czy zabobonami.
    Na początek pająki.

Pająk, niekoniecznie z Polski

    Dlaczego? No, lubię pająki (kiedyś nawet zjadłem – i to świadomie, a nie przez sen jak większość z nas; tak swoją drogą ciekawe, czy z tym jedzeniem pająków w czasie spania to przedbobon), poza tym na blogu już gościły, we wpisie o dżungli amazońskiej, więc i zdjęcia już są.
    Otóż znany przesąd dotyczący tych czarownych stworzeń brzmi: jak zabijesz pająka to będzie padać deszcz. Uwaga: jest to przedbobon. Znaczy się – prawda.
    Co prawda fizycznie niemożliwym jest, żeby śmierć niewielkiego stworzonka miała wpływ na ruch mas powietrza i układ frontów atmosferycznych, ale... W naszym klimacie pająki są stworzeniami niezbyt dużymi (największe polskie pająki to bagniki: żyją nad akwenami wodnymi i potrafią biegać po powierzchni wody, tak jak nartniki; wyglądają jak pospolite w domu kątniki, ale są większe – oraz gryzą; nie, oczywiście nie są jadowite, niemniej znajomy kiedyś usiadł na takim bagniku, i przez tydzień nie siadał potem wcale), więc nie zwracamy na nie uwagi. Ale gdy spada ciśnienie atmosferyczne te zwierzątka, podobnie jak muchy czy komary, są przez hektopaskale przygniatane (latające nisko jaskółki zwiastują deszcz bo ich ofiary, ów hmyz, w czasie niżu barycznego znajduje się bliżej gruntu) i pojawiają się w naszym najbliższym otoczeniu (tak, to siedzą sobie pod powałą – mit o pająkach sprowadzających deszcz powstał, gdy mieszkaliśmy w drewnianych domach pełnych pająków). A jak coś człowiekowi spadnie na głowę, to odruchowo robimy pac! Pająk ubity. Po chwili, w związku z nadciągającym frontem atmosferycznym, pojawiają się opady. Następnym razem to samo: pająk spadał, zostawał pacnięty, zaczynało padać. Z obserwacji można było wyciągnąć jeden logiczny wniosek: zabijanie pająków powodowało opady.

Skansen w Sanoku - miejska zabudowa drewniana

    Ogólnie pająki cieszą się u nas całkiem dobrą renomą – zwłaszcza, że nasze gatunki nie zabijają – wszak mówi się, że szczęśliwy ten dom, gdzie pająki są (chyba, że gospodarz albo gospodyni cierpią na arachnofobię). Podejrzewam, że chodzi tu o to, że na starych pajęczynach wiszących u sufitu wiejskiej chaty rozwijała się onegdaj pleśń – pędzlak – produkująca antybiotyki (penicylinę). Używanie takich zapleśniałych pajęczych sieci do robienia opatrunków wydatnie zwiększało szansę przeżycia delikwenta – czyli w domu rzadziej pojawiała się żałoba.
    Drewniane budynki (a w takich żyliśmy, kiedy pojawiały się najbardziej znane zabobony i przedbobony) pomimo wielu wspaniałych właściwości miały jedną dość nieprzyjemną cechę: były łatwopalne. Czy pański dwór, czy chłopska chata – płonęły.

Dwór szlachecki
Drewniany młyn z Ciechanowca
Zagroda szachulcowa z Pomorza Środkowego

    Owszem, można było się zabezpieczać, minimalizować prawdopodobieństwo zaprószenia ognia, ale (na przykład po zabiciu pająka) nadciągała burza. Taka z piorunami.
    Osobiście lubię burzę, opisywałem zresztą ją już na blogu, czy to w wysokich Andach, czy to powodującą powódź na Majorce, ale dla dawnych mieszkańców Polski/Europy/Świata burza była czasem niepewności – nigdy nie wiadomo było gdzie uderzy piorun.

Burza andyjska, niekoniecznie w Polsce

    A jak uderzy, to wiadomo, rozpocznie pożar. Najgorsze oczywiście były tak zwane suche burze, połączone z wiatrem. Podpalona strzecha w moment roznosiła płomienie we wszystkich kierunkach, na dodatek całkowicie bezładnie. Mój Dziadek – strażak za młodu – niemal stracił życie walcząc właśnie z płonącą wioską. Tak, ogień był jedną z najstraszniejszych plag aż do czasu zmiany zwyczajów budowlanych i wynalezienia piorunochronu.

Wieś w skansenie w Ciechanowcu

    Zanim to nastąpiło w czasie burzy w oknach zapalano gromnicę (dla osób nowoczesnych powiem: taką dużą świeczkę), która miała ochronić przed uderzeniem pioruna. Zabobon? Niekoniecznie. Wieloletnie obserwacje dowiodły, że piorun nigdy nie uderza w otwarty ogień – znaczy w ognisko. Więc skoro – tu wkracza magia sympatyczna cała na biało – nie uderza w duży płomień, to w mały płomyczek świecy też nie powinien. Proste. A czemu nie uderza, ktoś spyta. Tu przydadzą się wiadomości z dziedziny fizyki – nie jest to moja mocna strona, więc powiem w skrócie: piorun powstaje na powierzchni ziemi, kiedy zgromadzi się odpowiedni ładunek (cząsteczki – przynajmniej ich część, na przykład woda – tworzące powietrze są dipolami, mają ów ładunek elektryczny; są spolaryzowane). Ten ładunek tworzy połączenie ze spolaryzowanymi cząsteczkami w chmurze otwierając kanał, przez który wraca potężne wyładowanie elektryczne, błyskawica (przepraszam pana profesora od fizyki za ten opis; biedak kończył Uniwersytet Łomonosowa, a tu Jego uczeń takie rzeczy wypisuje). Płomień zmienia polaryzację powietrza, więc "wiadomość" do chmury z tego miejsca nie zostaje wysłana, więc "odpowiedź", błyskawica, także się nie zdarzy. System działa.
    Czy jednak niewielki płomień świecy rzeczywiście chronił przed piorunem – trudno powiedzieć. Raczej nie, niemniej jeśli jakaś chałupa spłonęła mogło nie być dowodów na to, że ktoś palił w środku gromnicę. W domach, które przetrwały świece płonęły na pewno – więc...
    Swoją drogą polaryzację powietrza zmieniało też bocianie gniazdo – chaty z tym olbrzymim ptasim domem paliły się dużo rzadziej. Może to jest przyczyną postrzegania bociana białego jako symbolu szczęścia oraz dostarczyciela dzieci – w chatach, które spłonęły siłą rzeczy dzieci być nie mogło. Możliwe jednak, że ten przesąd – o bocianie przynoszącym dzieci – związany był z cyklami życiowymi Człowieka i ptaka. Mimo, że nasz gatunek nie ma typowej rui (kobiety są płodne cały czas, na dodatek nie afiszują się tym zbytnio, podczas gdy u naszych krewnych czas owulacji zaznacza się bardzo wyraźnie – jest za to krótszy) najwyższe libido mamy pod koniec lata – najwięcej dzieci rodzi się więc wtedy kiedy bociany karmią także swoje pociechy. Ten przesąd może więc być przedbobonem.
    Bo dzieci znajdowane w kapuście to raczej zabobon.


EDIT: znajomy mi podpowiedział, że pojawiające się w książce "Bogowie, honor i Ankh-Morpork" słowo "przedbobon" mogło mieć trochę inne znaczenie - ale sprawdźcie sami.

14 stycznia 2022

Chatka na Kurzej Łapce cz. 2

    W poprzedniej części wpisu zatytułowanego – świadomie, nie przewrotnie – "Chatka na Kurzej Łapce" było między innymi o tym, czym stały się obecnie wiatraki (i według Autora niczym dobrym, oczywiście). Nie było jednak nic o zamieszkałej przez Złą Czarownicę ruchomym domku w którym znikały dzieci. To teraz będzie.

Wiatrak - temat wpisu

    Najpierw musimy jednak – no trudno – sięgnąć do historii wiatraków. Bo to właśnie to urządzenie, ten budynek, odpowiada za powstanie historii o Chatce Czarownicy. Cofnąć musimy się dość daleko w czasie, wszak wiatraki wynaleziono dość dawno – a że wyszły z użycia też jakiś czas temu przyda się do tego odrobina wyobraźni. Nie żartuję. Kilka lat temu, z okazji obchodów Światowego Dnia Turystyki miałem przyjemność oprowadzać największą wycieczkę w życiu (prawie ćwierć tysiąca ludzi) i w pewnym momencie zamigotał nam na horyzoncie dawny wiatrak. Drewniana wysoka konstrukcja, wzmacniana blachą. Jako, że od kilkudziesięciu lat był nieużywany zdjęto zeń skrzydła – stała więc na polu samotna buda, wyższa niż szersza.
    - Rety, patrzcie – w wycieczce uczestniczyli też uczniowie okolicznych szkół, głównie z terenów wiejskich – Jaka dziwna stodoła!

Wiatrak koźlak w Zagórkach, nazwany stodołą, koniec XIX wieku

    Tak, zgadza się, dzieciaki na wsi nie wiedziały, że był to stary wiatrak. Nie wiedziały też zapewne, że ich dziadkowie mielili tam zboże. O dzieciach z miasta nawet nie wspominam, te mogłyby nie wiedzieć nawet, co to jest stodoła. Ale wracajmy do wiatraków.
    Sam pomysł był genialny, rewolucyjny, miał jednak pewien mankament: tam, gdzie wiatr wiał stale z jednego kierunku można było stawiać solidne konstrukcje wykorzystujące siłę podmuchu powietrza – i tak robiono.

Nieruchomy wiatrak na Malcie
Wiatraki na przełęczy Ambolous na Krecie

    Co jednak gdy – w Europie Zachodniej, Północnej, Środkowej – wiatry bywały zmienne? Tu pojawiał się problem. Ludzka pomysłowość nie ma jednak granic i jakiś bezimienny geniusz (albo kilku, kilkunastu w różnych miejscach i czasach, w okolicach XII wieku po Chrystusie) wpadł na koncepcję budowy wiatraka przesuwnego. Całość – mechanizm obrotowy skrzydeł, przekładnie, żarna (najczęściej wiatrak służył za młyn – ale na holenderskich polderach używano ich do przepompowywania wody, więc "żarna" można zastąpić "pompą") ustawiano na olbrzymim drewnianym koźle – stąd polska nazwa koźlak – i przy odrobinie wysiłku można było konstrukcję przesunąć tak, by pracowała. Świetna sprawa. W miarę rozwoju koźlak nabawił się także ścian chroniących mechanizm a nawet – gdy jego masa wzrosła – szyn umożliwiających łatwiejsze odwracanie konstrukcji (taki wiatrak zwano paltrakiem). Jednak zasadniczym elementem pozostał obrotowy kozioł. Zapamiętaj to, Szanowny Czytelniku, na chwilę bowiem zostawimy koźlaka i podskoczymy na niderlandzkie mokradła, gdzie powstał następny typ wiatraka – może nieco mniej istotny dla fabuły, ale warto o nim wspomnieć. Holender.

Kozioł, główna część konstrukcji koźlaka
Wiatrak typu koźlak, widoczny dyszel służący do obracania konstrukcji, skansen w Ciechanowcu

    Mieszkańcy Dolnych Krajów, ludzie praktyczni i zajęci walką z wiatrakami Morzem Północnym mieli dość ciągłego przestawiania koźlaków – skonstruowali więc wiatrak nowego typu (w Polsce zwany holendrem, wiatrakiem holenderskim): korpus wiatraka zbudowano z cegieł, a obracał się tylko sam mechanizm skrzydeł – czy też łopat. Często do obracania używano drugiego, mniejszego wiatraczka. Pełna automatyka. Nic dziwnego, że w Zachodniej Europie koźlaki rychło poszły w zapomnienie (co innego na ziemiach polskich – u nas holendry nigdy nie zdobyły popularności, a koźlaki budowano aż do XX wieku; zapewne były tańsze w konstrukcji). I to holender jest uważany za archetypowy europejski wiatrak – a skoro tak, to całkiem zatracono więź łączącą je z Chatką Czarownicy.

Wiatrak typu holender, Keukenhof, Holandia

    Znaczy się: Chatką na Kurzej Łapce – bo w takich właśnie mieszkały wiedźmy łapiące (i zjadające) biedne dzieci. Ale co to ma wspólnego z wiatrakami?
    Wróćmy do koźlaka – wiatrak stoi, na koźle – jest wysoki, widać go z daleka, taka dominanta w krajobrazie. Na zdjęciach widzimy XIX i XX-wieczne budowle, dobrze zakorzenione w krajobrazie i znane – ale wyobraźmy sobie pierwsze wiatraki, jeszcze bez ścian. Na pewno nie wyglądały jak stodoły. Wyglądały jak domki na trójnogu. Jakby stały na kurzej łapce. Coś niesamowitego. Nowa atrakcja – nie dość, że wygląda nietypowo, to jeszcze co jakiś czas zmienia miejsce. Przesuwa się. Ależ musiało to wzbudzać sensację u najbardziej ciekawskich mieszkańców wioski – u dzieci. Chatka na kurzej łapce, która się przesuwa – niechybnie sama, no bo jak inaczej. I jeszcze te kręcące się łopaty – same się kręcą.
    - Jontek, chodź zobaczyć! - krzyczą Jaś i Małgosia.
    Dorośli pewnie twierdzili, że to jakaś diabelska sprawka (przestali tak twierdzić kiedy wiatrak – młyn zaczął przynosić korzyści społeczności, niemniej aż do końca użytkowania wiatraków właściciel urządzenia, młynarz, miał na wsi status szczególny), ale dla dzieci musiało to być fascynujące. Pół biedy, że zmienia położenie. Ale się kręci!
    Każdy, kto zetknął się z dziećmi wie, że mają one wspaniały dar wpadania na najróżniejsze pomysły, i równie cudowną umiejętność nieprzewidywania następstw swoich działań (czyli zupełnie tak jak politycy). Stoi więc Jontek, Jaś, Małgosia, Zosia koło wiatraka i patrzą jak się wiatraczne skrzydła kręcą. Ta, stoją. Gdzie dzieciak ustoi, zwłaszcza jak tu taka atrakcja. Mechanizm skrzypi, skrzydła tną powietrze. Ziu, ziu. Dzieci podchodzą. Ziu, ziu. Jontek, Jaś, Mał... Ziu, ziu. Nie ma Małgosi. Zniknęła. Dzieci rozpierzchają się z krzykiem, szczątki Małgosi, zakrwawione i zmasakrowane leżą koło kręcących się wiatracznych skrzydeł. Ziu, ziu.

Koźlak z widocznym kozłem i resztką śmigła z 1916 roku, Kujawy

    Dzieciaki pewnie dostały od rodziców za zbliżanie się do wiatraka – ale nie od dziś wiadomo, że lepiej jest zapobiegać niż leczyć. Oto zamiast bić nieposłuszne pociechy za to, że naraziły się na śmierć, lepiej je nastraszyć: w ruchomym domku na kurzej stópce mieszka Zła Czarownica która porywa i zjada dzieci! Buu!
    Dydaktyczna bajka z czasem obrasta w szczegóły, może łagodnieje (zwłaszcza, gdy na warsztat biorą ją bracia Grimm, pionierzy etnografii), a wiatrak też się przekształca – najpierw zostaje obudowany, a potem w ogóle zmienia konstrukcję. Dzieci słuchają bajki o Złej Czarownicy, ale już nikt nie łączy ją z jakże pożytecznym wiatrakiem – te więc do końca swego istnienia zbierają krwawe żniwo wśród najmłodszych, choć jako opatrzone nie są już taką atrakcją jak na początku (teraz znowu są atrakcjami – w skansenach).

Spalony koźlak na Podlasiu

    To by było tyle, jeśli chodzi o wiatraki i kurze łapki. I faktycznie może być tak, że w każdej bajce jest ziarno prawdy (na przykład "Piękna i Bestia" uświadamia nam, że nie ważne jak wyglądasz; jeśli masz wielką chatę i miliony na koncie i tak znajdziesz księżniczkę). Podobnie jest z przesądami. Racja, część z nich to zabobony, ale część to, hm, przedbobony. Że niby wygląda na głupi przesąd, a ma sens.


Słowo "przedbobon" spotkałem bodajże w genialnym tłumaczeniu pana Piotra W. Cholewy jednej z książek pana Terry'ego Prachetta z cyklu "Świat Dysku". Urzekło mnie, i pozwolę sobie z niego korzystać – ale zaznaczam, że nie zawdzięczam go własnej inwencji.

7 stycznia 2022

Chatka na Kurzej Łapce cz. 1

    Gdzieś tam (a dokładniej – w komentarzach pod opowiastką o Lasithi, tajemniczym płaskowyżu na Krecie) w czasie dyskusji w blogosferze pewna Blogerka z Australii stwierdziła, iż tamtejsze wiatraki są doskonałym wynalazkiem, który choć wyszedł z użycia jest godnym używania w XXI wieku. I właściwie zgadzam się z tym twierdzeniem, choć postanowiłem nieco przybliżyć nieznaną mroczną stronę tych urządzeń – zarówno dawnych, jak i współczesnych. No i zapraszam przy okazji na anglojęzyczny blog Art and Architecture (choć o wiatrakach chyba tam nie było jeszcze).

Wiatraki na Krecie

    Do czasu rewolucji przemysłowej wiatrak był jednym z głównych dostarczycieli energii – oprócz, oczywiście, koła wodnego, udomowionych zwierząt i żony (głównie na obszarach wiejskich). Rozwój technologii opartej najpierw na parze wodnej a potem na elektryczności sprawił, że – zwłaszcza w Europie – wymienieni przeze mnie tradycyjni dostawcy zniknęli (a wraz z nimi na przykład niezwykle bioróżnorodne ekosystemy starorzeczy, stawów, młynówek czy normalna rodzina). Warto dodać, że nie bez przyczyny – początek rewolucji przemysłowej sprawił, że Ludzkości zaczęło brakować energii, co sprawiło, że zaczęto szukać lepszych jej źródeł, co sprawiło, że Ludzkość zaczęła się rozwijać, co sprawiło, że zaczęło brakować energii, co sprawiło... Et cetera, et cetera.

Wiatrak typu holender, Keukenhof, Niderlandy
Koło wodne, Ciechanowiec

    Ciągle zwiększające się zapotrzebowanie energetyczne cywilizacji jest – tak mi się wydaje – procesem nieodwracalnym (no chyba, że trafi w nas jakaś asteroida). Jest też – tu wkraczamy na teren zarezerwowany dla futurologii i science-fiction – jednym z kryteriów poziomu rozwoju cywilizacji w skali Kardaszowa. Nie będę się tu za bardzo rozwodzić na ten temat, kto chce sobie gdzieś w Internetach doczyta, w każdym razie według kryteriów ilości zużywanej energii nie jesteśmy jeszcze – jako cała Ziemia – nawet na poziomie cywilizacji typu I w skali Kardaszowa (znaczy – cywilizacja typu I zużywa tyle energii, ile jest dostępnej na danej planecie, w naszym wypadku Ziemi; rozpisałem się, a niech to) – więc jeszcze wszystko przed nami. O ile, oczywiście nie jesteśmy sami we Wszechświecie, a sama skala jest li tylko konstruktem myślowym radzieckiego astronoma pana Kardaszowa.

Elektrownia węglowa z początku XX wieku, Łódź

    W każdym razie w Europie czas wiatraków minął. Używane do mielenia czy przepompowywania wody zostały zastąpione urządzeniami elektrycznymi czy spalinowymi (bo w międzyczasie para też odeszła do lamusa) – głośniejszymi, smrodliwszymi ale wydajniejszymi. Niech żyje nowoczesność, w domu i w zagrodzie. Owszem, gdzieniegdzie na Świecie wciąż korzysta się z wiatraków w starym stylu – na przykład do pompowania wody na obszarach artezyjskich (największy basen artezyjski – czyli w dużym skrócie miejsce występowania wód podziemnych – prawdopodobnie znajduje się w Australii). Ale w Europie koniec. W Polsce czas ostatecznego rozwiązania kwestii wiatracznej przypadł na połowę XX wieku – ale o tym za chwilę (czyli w drugiej części wpisu). Okazało się bowiem, że wiatraki nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa.

Spalony wiatrak, Podlasie, początek XXI wieku

    Mianowicie ktoś mądry (piszę to z pewnym przekąsem) stwierdził, że wiatraki czy koła wodne można wykorzystać do produkcji energii elektrycznej. No, właściwie czemu nie. Sam mieszkam niedaleko zbiornika retencyjnego zasilającego niewielką elektrownię wodną. Energii nigdy za wiele, każda się przyda.

Młyn wodny znad Pilicy, XIX/XX wiek

    Najpierw okiełznano wodę – na rzekach budowano zapory niszcząc tradycyjne ciągi komunikacyjne oraz przerywając szlaki migracyjne ryb (głównie łososi i węgorzy, ale nie tylko) oraz zmieniając lokalne warunki wodne (nie będę wspominał o tym, że takie olbrzymie konstrukcje jak Zapora Asuańska czy Tama Trzech Przełomów są gigantycznymi katastrofami ekologicznym, a to co nawyprawiano na rzekach w byłym ZSRS to już w ogóle woła o pomstę do Nieba). Ale co tam, niech żyje postęp.

Zbiornik retencyjny Jeziorsko w zimie

    Potem przyszedł czas na darmowe – zdało by się – wiatr i słońce. Kiedy w okupowanej przez Sowietów Polsce tradycyjne wiatraki odchodziły do lamusa w Europie Zachodniej zaczęto konstruować elektrownie wiatrowe – prawdziwe lasy bezdusznych (brzydkich) nowoczesnych wiatraków. Pominę jednak krajobrazopsującą funkcję tych ohydzieństw (nie, nie pominę: niedawno wróciłem znad Morza Czarnego – przepiękny półwysep Kaliakra, miejsce o wielowiekowej historii – otoczone jest białymi masztami wiatraków) – wiatraki ustawia się tam, gdzie wieją wiatry, a są to najczęściej trasy przelotów ptaków migrujących. Wiosną i jesienią elektrownie wiatrowe nie są przyjaciółmi ptaków, jeśli wiecie co mam na myśli.

Pola wiatraków na Półwyspie Kaliakra

    Podobnie w migracjach przeszkadzają elektrownie słoneczne – błyszczą się, udają akweny (ustalmy, że ptaki nie są zbyt lotne bystre), więc skrzydlaci wędrowcy (w dużej mierze ptaki wodne) zatrzymują się tam na postój... Taka skucha powoduje, że tracą sporo energii, której może im zabraknąć na dalszy przelot. Do tego dochodzą oczywiście koszty wytworzenia, użytkowania i utylizacji elektrowni wiatrowych i słonecznych, które są całkiem spore. Nie wiem, czy gra warta jest świeczki.

Migrujące żurawie

    Zwłaszcza, że w Europie Zachodniej pojawił się niebezpieczny trend mający na celu przestawienie się państw Unii E***pejskiej na pozyskiwanie energii właśnie z tak zwanych OZE (Odnawialnych Źródeł Energii). Pomijając koszty związane z owymi OZE – są one po prostu niewydolne. Zapotrzebowanie energetyczne będzie ciągle wzrastało (choć pewnie jeszcze dużo czasu upłynie zanim wdrapiemy się na cywilizacyjny poziom I według skali Kardaszowa) a OZE są bardzo kapryśne: zachmurzenie, susza, śnieg i nie działają.
    Na tą chwilę najlepszym rozwiązaniem wydaje się energia pozyskiwana z rozpadu pierwiastków promieniotwórczych ale nadal w Społeczeństwach jest spory opór przeciwko budowie elektrowni atomowych. Tak, wiem – Czarnobyl i inne awarie – ale nie dajmy się ogłupić.

Sterownia bloku elektrowni atomowej w Czarnobylu
Sarkofag nad miejscem eksplozji w Czarnobylu

    Dobra. Wpis się kończy, a Czytelnik zapyta: a gdzie ten tytułowy Dom na Kurzej Łapce? A? No, tego. Rozpisałem się o tym, że nowoczesność jest do, nomen omen, luftu, więc proszę wybaczyć. Poniosło mnie, ale jako biologowi naprawdę trudno mi się słucha bełkotu tak zwanych ekologów i piewców OZE. A co do chatek na kurzej łapce – to są one bardzo mocno związane z pewną ciemną stroną wiatraków (tych prawdziwych, oczywiście, nie tych z elektrowni wiatrowych, chociaż...). Wiąże się z nimi krew i śmierć, jak to w ludowych wersjach baśni, mających przecież oryginalnie funkcje dydaktyczne. Tylko potem bracia Wilhelm i Jakub Grimm wycięli najostrzejsze kawałki i dziś nikt nie kojarzy bajek ze strachem i mrokiem.

    Więc do następnej części.
Wiatrak na wyspie Ios

17 grudnia 2021

Tam i z powrotem

    Grudzień w Polsce jest miesiącem chyba najczarniejszym – i nie chodzi tu oczywiście o rocznicę wybuchu wojny jaruzelsko-polskiej, o 1970 ani o zjednoczenie PPS i PPR, a raczej o dwadzieścia siedem godzin kolego dzień krótszy od najdłuższego niezbyt długie dni i nazbyt przeciągające się noce. Z tym nic nie zrobimy, taki mamy klimat takie mamy położenie na ziemskim globie. Można, oczywiście, akurat wtedy wyjechać w jakieś pełne słońca miejsca, ale – jako przedstawiciel naszej strefy klimatycznej tak uważam – powinno się zimę zaliczyć, najlepiej mroźną i śnieżną (bo taka jest najpiękniejsza), żeby potem móc rozkoszować się w pełni eksplozją wiosny.
    A zimowe wieczory można na przykład przeznaczyć na uzupełnianie lektur. I to najlepiej papierowych – czytanie na komputerach czy wymyślonych przez Stanisława Lema elektronicznych czytadłach, mimo, że wykorzystywane przeze mnie, to nie to samo. Książka ma zapach, fakturę, kształty – ogólnie jest milion razy lepsza, choć może staromodna.
     A jedną z moich ulubionych lektur jest "Hobbit" pana J.R.R. Tolkiena – najlepiej w tłumaczeniu pani Marii Skibniewskiej. O Tolkienie i tłumaczeniach było już jakiś czas temu, to nie będę się powtarzał, tylko przejdę do meritum – niezobowiązującego intelektualnie wpisu mającego rozjaśnić grudniowe wieczory i pokazać, że w Polsce na każdym kroku można znaleźć coś ciekawego.

Kraina Krasnoludków

    Wędrując bowiem jakiś czas temu przez Sudety (kiedy jeszcze nie spędzałem całego lata na wyjazdach zagranicznych znajdowałem czas na górskie wędrówki; teraz znajduję rzadziej) natknąłem się – przy odrobinie wyobraźni i dobrej woli oczywiście – na istną wizualizację wyprawy Bilba Bagginsa do Ereboru. Rzecz działa się u podnóża Gór Stołowych – bardzo ciekawych z wielu względów, ale tym razem plwajmy na geologię. I na historię też, choć okolica naprawdę mogła każdego miłośnika dawnych dziejów zauroczyć. Innym razem. Teraz weźmy plecak i ruszajmy na szlak. A opowieść zaczyna się książkowo:
    W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie Hobbit...

Ziemna nora

    ...który wyruszył wraz z Krasnoludami do ich dawno straconego domu...

Drogowskaz

    ...żeby odzyskać Erebor musieli m.in pokonać straszliwą gadzinę...

Gadzina

    ...i przejść przez góry i lasy...

Góry, lasy, łąki, pola...

    ...wreszcie dotarli do zboczy Ereboru (G. Stołowe), wleźli do środka....

Erebor. Prawie.

    ...i znaleźli się w prastarym krasnoludzim królestwie....

Rezerwat "Głazy Krasnoludków"

    ...świętowania w Esgaroth (Mieście nad Potokiem) nie było końca.

Typowa wiata turystyczna

    Nie wiem, czy moja foto-wersja "Hobbita" niesie ze sobą jakieś większe artystyczne wartości (tu polecam znaleźć w Internetach radziecką produkcję telewizyjną sprzed wielu lat) – ale jest całkiem miła. Zwłaszcza, że Góry Stołowe aż proszą się by je odwiedzać. Żeby zdobyć Szczeliniec Wielki (zaliczany do Korony Gór Polskich) nie trzeba praktycznie żadnych umiejętności, a okolica jest spokojna i niezbyt zadeptana. Do tego całkiem niedaleko Wambierzyce, kilka zamków, średniowieczny stół sądowniczy... Ale dość o tym, miało nie być geologii, historii, tylko zabawna opowiastka.

Szczeliniec Wielki
Sanktuarium w Wambierzycach

    Była? Była. To do zobaczenia w następnym, już 2022 Roku Pańskim (a średniowieczny stół sędziowski i tak wrzucę na zdjęciu, a co).

Stół sędziowski w Kochanowie




I jeszcze kilka słów wyjaśnienia na koniec: obrazkowa ta historyjka pierwotnie była przeze mnie umieszczona na jednym z portali społecznościowych, stąd pewnie nie najlepsze czasem zdjęcia. Żmija zygzakowata, gatunek prawnie chroniony, nie została przeze mnie rozjechana – ot, po prostu taką znalazłem. A słowo "hobbit" jest bodajże zastrzeżone, stąd liczni pisarze fantasy używają zamienników, jakich jak "niziołki" czy inne takie. Zaś najsłynniejsze polskie Krasnoludki mieszkały w Szuflandii, i nie pasały gąsek z sierotką Marysią.

10 grudnia 2021

Lasithi

    Minojska Kreta, jak pisałem, raczej platońską Atlantydą nie była (no chyba, że była) – Egipcjanie zbyt dobrze ją znali by pewnemu greckiemu podróżnikowi (ninie przodkowi Platona) wciskać kit iż to właśnie tam żyli wysoko cywilizowani Atlanci (poza tym gdyby Atlantydą była część greckiej ekumeny to na pewno pisarz-filozof by o tym wspominał; a tego nie robił – pisał za to, że Atlanci toczyli wojnę z Atenami; hm, pogromca Minotaura, Tezeusz był Ateńczykiem...). Niemniej peregrynując po wyspie znalazłem miejsce które – przy odrobinie dobrej woli (no, większej odrobinie) – można by wciągnąć na listę potencjalnych Atlantyd. Taka Atlantyda w Atlantydzie. Ubik.

Płaskowyż Lasithi

    Płaskowyż Lasithi, bo o nim mowa, to poza tym naprawdę urokliwe miejsce. Spore – jak na Kretę – plateau, otoczone wysokimi górami jest ważnym regionem rolniczym oraz wspaniałą naturalną fortecą. Wykorzystywaną już od niepamiętnych czasów – to znaczy przez neolitycznych rolników sprzed minojskiej Thalassokracji. Dogodne położenie sprawiło, że wystarczyły niewielkie prace irygacyjne i mieliśmy do czynienia z prawdziwym rajem – zapewne na wczesnym etapie stojącym na wyższym poziomie cywilizacyjnym niż nadmorskie kreteńskie równiny. Może więc to Minojczycy przynieśli do Egiptu wspomnienie o okrągłym (mniej więcej, Lasithi jest takie kwadratowo-owalne) centrum cywilizacyjnym? Nie ma na to żadnych dowodów, ba, sama ta koncepcja wydaje się totalnie abstrakcyjna. Ale – by podbudować swoje ego – dodam, że w prawdziwą Troję też nie do końca wierzono, a o Sumerach czy Hetytach to nikt nawet nie wiedział.

Ruiny pałacu w Knossos

    Czy Minojczycy pochodzili z Lasithi, czy przybyli na wyspę i je zajęli – nie wiem. Na pewno na nim mieszkali, a w jaskini w masywie Dikti urządzili sobie nawet centrum kultowe (znaczy się, świątynię). Miejsce to musiało być dość ważne, skoro przejęli je najeźdźcy z północy i włączyli do swojej mitologii, robiąc z groty jedno z miejsc wiązanych z narodzinami i wychowaniem najwyższego boga greckiego panteonu, Zeusa. Dla mnie, wychowanemu na "Mitologii" Jana Parandowskiego, miejscem narodzenia najmłodszego syna Kronosa była Grota Idajska (u podnóża masywu Idy leży Knossos), ale dla samych starożytnych Greków sprawa była dyskusyjna – zresztą Ida i Dikti nie zamykają listy zeusowych jaskiń. W każdym razie Jaskinia Dikte (albo Psychre, od nazwy pobliskiej wioski) jest dziś reklamowana jako grota zeusowa. Z racji obronnych właściwości był też płaskowyż ostatnią redutą Minojczyków – Karfi, z racji położenia zwane kreteńskim Machu Picchu, uznawane jest za ostatni bastion Władców Morza.

Górska droga do jaskini
Jaskinia Dikte

    Po upadku Thalassokracji wyspa zapewne szybko została zhellenizowana, ale naukowcy uważają, że Minojczycy – już jako ludność niższych klas – przetrwała. A na Płaskowyżu Lasithi nawet w sporej liczbie (zwali siebie Eteocretans, Prawdziwymi Kreteńczykami).     Przynajmniej do najazdu Wenecjan. Włoscy kupcy opanowali wyspę na przełomie XIII i XIV wieku, ale krnąbrni mieszkańcy płaskowyżu nie dość, że nie chcieli płacić podatków, to jeszcze ciągle się buntowali. Wenecjanie zrobili więc to, co mogli najlepszego (dla siebie, oczywiście): teren, zwany z włoska spina nel cuore (cierń w... sercu) po prostu najechali, wyludnili i zakazali upraw. Miejscowych, tych, którzy nie uciekli w góry, zdekapitowali. I tak Lasithi przeleżało dobre dwieście lat – aż po ostatecznym upadku państw greckich i łacińskich na Peloponezie na Krecie zjawiła się masa uchodźców. Wenecjanie osiedlili ich właśnie na płaskowyżu. A że byli ludźmi obrotnymi w celu zintensyfikowania zysków z odbudowywanych upraw stworzyli – funkcjonującą do dziś – sieć kanałów irygacyjnych. Oraz wprowadzili wiatrak jako mechanizm napędzający cały system. Wiatraki działały aż do połowy XX wieku, dziś zastąpione są pompami elektrycznymi albo spalinowymi (ot, postęp, ktoś by rzekł) ale nadal w krajobrazie Lasithi jest ich cała masa. Powoli znikają, bo korozja jest nieubłagana – a szkoda.

Wiatraki

    Największe wrażenie robi jednak system wiatraków ustawionych na przełęczy Amboulos – jednej z bram na płaskowyż. Dziś kompleks jest w ruinie, choć kilka budynków odnowiono pod turystów (dla nich jest także bardzo smaczna restauracja, z potrawami wprost z pieca opalanego drewnem om om om). Takie wiatraki miały sens – ciągle wieje tam, jak na przysłowiowym dworcu w Kieleckiem.

Zabytkowe wiatraki na przełęczy Amboulos

    Płaskowyż Lasithi wyludniano jeszcze dwukrotnie – w XIX wieku. W czasie wojen z Turcją wojska ottomańskie (za drugim razem z pomocą Egipcjan) wpadały i rezały mieszkańców (tych, którzy nie zdążyli uciec w góry). Na ile te działania były skuteczne, trudno powiedzieć – podobnie jak wcześniejsza o kilkaset lat akcja Wenecjan. Genetyka mówi, że niezbyt. Oto bowiem naukowcy – prawdopodobnie z braku ważniejszych zajęć – zaczęli badać genetycznie populację płaskowyżu. Okazało się, że chromosom Y, występujący tylko u męskiej części populacji (uwaga: nowocześni socjaliści proszeni są o nie czytanie dalej – może okazać się szokiem, że mimo ich propagandy nadal Człowiek ma biologicznie tylko dwie płcie) odbiega od odmiany występującej u reszty Greków (chromosom Y warunkuje płeć męską i dziedziczony jest tylko od ojca). Zbadano też DNA zawarte w mitochondriach (te struktury komórkowe przekazuje dziecku matka) – i ono również różniło się od mtDNA pozostałych mieszkańców Grecji. Żeby było zabawniej porównano wyniki z tymi uzyskanymi z kości pochodzących z okresu minojskiego. DNA było podobne. Stąd wniosek – no, właściwie dwa wnioski: pierwszy jest taki, że mieszkańcy Płaskowyżu Lasithi mogą być potomkami dawnych Minojczyków (jakimiś Atlantami, nie ma co), drugi zaś – Turcy i Wenecjanie nie przyłożyli się do trzebienia mieszkańców.

Potomek Atlantów?

    A Atlantydy dalej nie znaleziono.

Najchętniej czytane

Kurhany

     Jadąc drogą krajową numer 12 ze starożytnego Kalisza do Sieradza (albo, jak to się mówi, curyk z powrotem) zbliżając się już do stol...