Tłumacz

18 września 2020

Idealne społeczeństwo cz.1

  Siedzieliśmy sobie na – leżeliśmy właściwie – na hamakach w dżungli w okolicach Puerto Maldonado nad rzeką Madre de Dios. Dzień upływał leniwie, tak jak tylko w dżungli potrafi to robić. I to nie byle jakiej – może pobliski Park Narodowy Tambopata nie był wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO tak jak pobliski PN Manu, ale selva baja – dżungla nizinna była dokładnie tak samo bogata (tylko tańsza – i łatwiejsza – w dostępie; żeby wejść na teren rezerwatów nie potrzebowaliśmy bowiem żadnych trudno dostępnych zezwoleń; najciekawsze części Parku Narodowego Manu dla zwykłego turysty są niemal całkowicie niedostępne).
Madre de Dios
  W każdym razie – leżeliśmy.
  - Patrz – zauważył kolega – Gniazdo os. Ciekawe czy są niebezpieczne?
Osy
  Zapytaliśmy o to naszego przewodnika.
  - Nie są. Tylko im nie przeszkadzajcie – poinstruował.
  Czy do końca mu wierzyliśmy? Cóż. Krocząc przez dżunglę pytany o to, czy dany stwór jest niebezpieczny, to znaczy: czy zabija – zawsze odpowiadał po angielsku z silnym akcentem:
  - No. Just fiber – Nie. Tylko gorunczka.
  Czyli ukąszenie nie zabijało... Z drugiej strony – jako licencjonowanemu pilotowi wycieczek – coś mi podpowiadało, że gdybym prowadził ze sobą grupę nieogarniętych gringos (czyli Białasów) w życiu bym nie powiedział, że coś jest niebezpieczne. Białasy rozbiegły by się zapewne po dżungli – a selva baja to las, w którym wszystko może zrobić kuku – i tyle by ich widzieli. Najlepiej więc było uspokajać (o czym zresztą już kiedyś pisałem).
  - O. To fire-ant, mrówka ogniowa. Ukąszenie boli jak przypiekanie ogniem. A to bullet-ant. Mrówka pociskowa. Ukąszenie boli jak postrzał z broni palnej – tłumaczył nasz cicerone pokazując dwie, na pozór niczym się nie różniące błonkówki (błonkówki – Hymenoptera – rząd owadów do których należą mrówki, osy czy pszczoły).
  Generalnie mam sporą wprawę w poruszaniu się po trudnym terenie (o czym już pisałem), ale prawdziwa dżungla to teren także dla mnie nieznany i niebezpieczny.
  - Nie zrywaj tej karamboli – karambola to taki owoc w kształcie gwiazdki, u nas używany do dekoracji deserów czy drinków, całkiem kwaśny, nawet cierpki; ja lubię.
  - Bo?
  - Patrz! - na karambolowcu wisiało pokaźne gniazdo zirytowanych os.
Gniazdo os
  Tak więc w dżungli trzeba być czujnym. Na przykład standardowa procedura rano to wytrząsanie z butów różnych takich dzikich lokatorów. Zaskoczyć może także prysznic – w którym ktoś zbudował sobie gniazdo.
Dżunglowe niespodzianki

  Nasze osy były jednak naprawdę grzeczne – dawały się nawet fotografować. Co to był jednak za gatunek, to nie mam pojęcia. Zapewne był znany nauce, ale z dżunglą to nigdy nic nie wiadomo. W każdym razie były te osy dla mnie jako biologa niezwykle ciekawe, ponieważ stanowiły przystanek na drodze (uwaga, socjolodzy) do stworzenia idealnego społeczeństwa.
  Idealne społeczeństwo tworzą organizmy – trudna nazwa – eusocjalne. I, oczywiście, Człowiek (Homo sapiens) do takich oczywiście nie należy. Właściwie są to głównie błonkówki i termity. Działa takie społeczeństwo jak jeden organizm – co oczywiście budzi całkiem niesłuszne skojarzenia z ustrojami totalitarnymi, jak choćby w książkach pana White z cyklu "Był sobie raz na zawsze król". Polecam, to niezłe połączenie fantasy z cyklem arturiańskim i jeden z kamieni milowych tego gatunku literackiego.
Pracujące mrówki
    Ad rem jednak. Czemuż to te osy tak mnie zaciekawiły?
  Otóż na samym początku błonkówki, jak właściwie wszystkie szanujące się zwierzęta, były samotnikami. Każda osa czy pszczoła sama musiała zadbać o swoje potomstwo. Był to proces dosyć żmudny, choć nie na tyle, żeby wszystkie błonkówki zrezygnowały z tej drogi życia (okej, mrówki zrezygnowały i wszystkie tworzą mrowiska; ale już osy czy pszczoły nie wszystkie). Na przykład nasza szczerklina piaskowa, piękna osa-samotnica kopiąca w piaszczystych miejscach norki w których składa jaja. No, właściwie to jedno jajo w jednej norce – czy też w ciele sparaliżowanej ofiary, którą do norki zanosi. Larwa rozwija się wewnątrz innego owada zjadając go od środka. Takie coś nazywa się fachowo: parazytoid – a najsłynniejszym był Obcy – Ósmy Pasażer Nostromo. Bardzo mnie kusi popisać trochę o parazytoidach, na przykład o takich, które składają jaja w larwach innych parazytoidów, które złożyły jaja... Incepcja. Albo Ubiq, jak u Philipa K. Dicka.
Błonkówka z ofiarą
  W pewnym momencie część błonkówek stwierdziła (nie jest to naukowa opinia – teoria ewolucji zakłada całkowitą losowość, więc nikt nie może czegoś chcieć, stwierdzić et cetera), że takie samotne troszczenie się o potomstwo zwyczajnie się nie opłaca. Zawiązały więc spółkę – zbudowały wspólne gniazdo, gdzie wszystkie składały jaja a potem na zmianę część leciała zdobywać pokarm, część pilnowała pociech. Do tego etapu dotarły te nasze osy – oraz całkiem sporo stadnych zwierząt, w tym i Człowiek. Tylko jednak niektóre gatunki potrafiły pójść o ten krok dalej i stworzyć prawdziwe społeczeństwo.
Gniazdo klecanek
  Nie jest to długa lista, choć gatunków mrówek czy termitów jest naprawdę sporo na Świecie (a zwłaszcza w tropikach – fenomenalny David Attenborough w którymś ze swoich programów mówił, że na jednym drzewie w dżungli żyje tyle samo gatunków mrówek co w całej Anglii).
Mrowisko rudnic
  Wciórności, jak to się zabawnie mówi – rozpisałem się o tych stworzeniach eusocjalnych (i to mimo pominięcia milczeniem parazytoidów; są takie... straszne). I chyba, co już mi się kilka razy zdarzyło, trzeba będzie podzielić wpis na dwie części.
Królowa mrówek
  W następnym odcinku (21.09) wyjaśnię dlaczego część organizmów jednak zdecydowała się na życie w kolonii.
  Tu na zakończenie dodam, że także i wśród ssaków zdarzyły się gatunki eusocjalne – to afrykańskie gryzonie – kretoszczury. Najpopularniejsze z nich, choć nie jedyne, to golce. Nie tworzą one orkiestry, ale żyją w podziemnych gniazdach, takich mrowiskach – mają króla i królową i są niewyobrażalnie brzydkie. Zobaczcie sobie zresztą w Internetach.

14 września 2020

Antyczne wieżowce

  Jakiś czas temu wrzuciłem artykuł z portalu Imperium Romanum o pierwszych, nieco woniejących, rzymskich pieniądzach. Postanowiłem iść za ciosem – oto kolejna ciekawostka, rodem z antycznego Rzymu. Choć – powiem szczerze – mogłaby powstać w pracowni słynnego Le Corbusiera.
Wał Hadriana

  Cóż, nie jestem fanem współczesnego budownictwa, ani tym bardziej drapaczy chmur (zwłaszcza, że najwyższy obecnie budynek w Polsce jest symbolem sowieckiej okupacji – ale to zupełnie inna bajka; swoją drogą ktoś mi kiedyś próbował udowodnić, że PKiN, code name: prącie Stalina, to przykład architektury odwołującej się do narodowych polskich tradycji... Trudno to skomentować), ale muszę uczciwie przyznać, że to antyczny wynalazek – podobnie zresztą jak i ogrzewanie podłogowe, bary szybkiej obsługi i setki innych "nowoczesnych" pomysłów. Ktoś kiedyś powiedział, że wszystko już było (a jeśli nawet tak nie powiedział, to mógł, bo to niezły bon-mot). Wygląda na to, że historia lubi toczyć się kołem – jak uważają rdzenni mieszkańcy Ameryki Południowej – a nie przesuwać się w linii prostej, jak my mamy w zwyczaju sądzić.
PKiN
  A więc poniżej krótki wgląd w Świat Antycznego Rzymu, zniszczonego najazdem Barbarzyńców (z tamtego Świata wykluł się nasz, co zaś pozostanie z naszego... Odpowiedź na to pytanie dał Szekspir w zakończeniu "Hamleta").
  EDIT: co do walki Barbaricum z Cywilizacją – przez chwilę myślałem, czy by nie wrzucić tego posta 09.11 – wszak w ramach tej batalii zniszczono wtenczas słynny nowojorski drapacz chmur – ale dałem sobie spokój.


  Rzymskie drapacze chmur


  W roku 1884 w Chicago w USA zbudowany pierwszy drapacz chmur. Liczył sobie 42 metry wysokości. Wkrótce potem New York World Bulding przekroczył wysokość stu metrów.
  W obu tych wypadkach było jednak to tylko naśladownictwo starożytnych Rzymian. Pierwsze wieżowce wyrosły bowiem właśnie w antycznym Rzymie. Były to insulae, w tym najsłynniejsza z nich, prawdziwy cud i osobliwość miasta – Insula Felicles.
  Nim jednak o nieruchomości Felikuli – krótkie przypomnienie, czym była insula.
  Insula to – mówiąc najprościej – dom czynszowy. Kamienica taka. Powstała w Rzymie około IV wieku przed Chr. i była odpowiedzią na stały wzrost liczby mieszkańców w granicach Murów Serwiańskich. Wraz z rozrostem Republiki, a potem Cesarstwa, insule pojawiały się w wielu innych miastach imperium – przykładem będzie tu Tyr, o którym jeszcze będzie mowa. Ale oczywiście nie stały się jedynym typem miejskich domów. W Pompejach – mieście bogatym – króluje prócz czynszowych insuli jednorodzinny domus, często rozrośnięty do rozmiarów willi (jest to antyczna wersja współczesnego podziału miast na blokowiska i osiedla jednorodzinne). Ale tam, gdzie ludność zwiększa się gwałtownie a powierzchnia miasta nie, ten tradycyjny rzymski dom zanika. Z braku miejsca insula rośnie nie w szerz, a wzwyż. Już w III wieku przed Chrystusem większość tych budowli ma trzy piętra – a wkrótce przekroczy i tą barierę. Insula miała bowiem generować właścicielom zysk – stąd budowano je szybko, tanio – i bardzo niechlujnie. Zawalenia czy pożary w insulach zdarzały się częściej niż często. Stąd próba ograniczania wysokości rzymskich budowli przez kolejnych cesarzy, na przykład Augusta (maksymalna wysokość 70 pes, rzymskich stóp, trochę ponad 20 metrów; 1 pes = c.a 44,5 cm) czy Trajana. Po wielkim pożarze Rzymu Neron nakazał ograniczyć wysokość do 60 pes. Obostrzenia te nie obowiązywały w innych miastach cesarstwa, stąd zdziwienie słynnego Strabona, że we wspomnianym Tyrze insule są niemal tak imponujące jak w stolicy.
Ruiny rzymskiej willi
 W samym Rzymie cesarskich zakazów przestrzegano dość swobodnie. Wystarczy powiedzieć, że jedyna rzymska zachowana insula, pochodząca z II wieku po Chr. leżąca u stóp Kapitolu pięciopiętrowa Insula dell'Ada Coeli szacowana była na 30 metrów wysokości (zachowane ruiny mają ich 23). Jaką wysokość miał wobec tego pierwszy mieszkalny wieżowiec Świata – owa Insula Felicles (Felicula) – trudno powiedzieć. Ośmiopiętrowy twór powstał w okresie największego rozkwitu Cesarstwa a jego sława odbiła się szerokim łukiem po całym Śródziemnomorzu. Przykładem niech będzie umieszczenie tego monstra w polemikach Tertuliana z walentynianami. Budynek ten stał koło Cyrku Flaminiusza jeszcze w IV wieku po Chr. i traktowany był, wraz z Kolumną Aureliana i Panteonem, jako atrakcja turystyczna ówczesnego miasta. Na tle pięcio- czy sześciopiętrowych, liczących po 40 metrów wysokości insulae nieruchomość Felikuli musiała wyglądać naprawdę imponująco. Dużo mniej informacji mamy o stojącym na południowo-wschodnim stoku budynku zwanym Septizodium (od cesarza Septymiusza Sewera). Niewiele po nim pozostało, lecz część naukowców szacuje jego wysokość na jakieś 70 metrów.
Współczesne wieżowce - Sydney
  Niestety, do dzisiejszego dnia te giganty nie przetrwały. Na szczęście zachowały się te odrobinę niższe insule. W samym Rzymie jest, jak wspominałem jedna, trochę odkopano w Pompejach i Herkulanum. Prawdziwą zaś ostoją tych antycznych blokowisk jest Ostia – w dawnym portowym mieście przetrwała ogromna liczba tych budowli uzmysławiająca nam, jak wielu mieszkańców tłoczyło się w miastach tamtego czasu – podobnie zresztą jak i we współczesnych metropoliach.


Link do artykułu: Rzymskie drapacze chmur

11 września 2020

Rogaty Gród cz. 3

  Kamień miał naprawdę przedziwny kształt – o ile rzeczywiście był to kamień, a nie rzeźba. Drugi rzut oka upewnił nas co do tego: nawet jeśli w przeszłości był to fragment skały ktoś kiedyś podjął się trudu wycięcia z niego kształtu ptaka. Pewnie kondora – nikt przecież nie wycinałby w skałach podobizny kurczaka, który choć dziś dla mieszkańców okolicy pełni o niebo istotniejszą rolę niż olbrzymi padlinożerca, w czasach gdy rzeźba ta powstawała był w Ameryce nieznany.
Skała - kondor

  Prawdopodobnie. To znaczy – nieznany był, ale czy rzeźba jest rzeczywiście tak stara? To kamień, tego nie zbada się metodą C-14. Owszem, są sposoby datowania wieku kamienia, ale nie da się wydatować czasu jego obróbki. Niemniej raczej było to pewne – po kilku godzinach marszu przez Andy mieliśmy przed sobą pierwszy przykład prekolumbijskiej sztuki. Można powiedzieć, że monumentalnej nawet – choć statua miała może metr, półtora, wysokości. Do czego służyła? Czy był to jakiś totemiczny strażnik dawnego – przedinskaskiego przecież – miasta? A może zwykły znak drogowy: zbliżacie się do Kondorstadt? Waqrapukara to inkaska nazwa. Może: "uwaga, nisko latające kondory"? Kto wie. W każdym razie – był. Porośnięty żółtymi porostami sterczał pomiędzy górską roślinnością.
  Teraz tylko wystarczyło przejść przez niezbyt bezpieczne osuwisko i za następnym wyłomem skalnym zobaczyliśmy w oddali dawne miasto. Rogatą Fortecę.
Waqrapukara

  Rzeczywiście było rogate, i położone w całkiem niedostępnym miejscu. I raczej miasto, niż sama tylko twierdza. Zbliżając się (powoli, oczywiście; kręta ścieżka zawieszona na ścianie wąwozu sprawiała, że marszu było jeszcze sporo) wpierw odkryliśmy niemal współczesne indiańskie chaty (to znaczy – były wznoszone w technologii znanej od stuleci, ale w stanie na tyle dobrym, że prawdopodobnie zamieszkiwane były jeszcze kilka lat temu – a i dziś jakiś pasterz na pewno znajdzie tam schronienie) a potem – najpierw z oddali – typowe pola tarasowe i kamienne budowle. Były tak inkaskie, że bardziej być nie mogły – to samo, w większej oczywiście ilości, można zobaczyć w Pisaq czy słynnym turystycznie Machu Picchu. Inkaskie miasto znajdowało się w niejakim oddaleniu od rogatej skały na której wznosiły się starsze konstrukcje – ale było na to wytłumaczenie. Jednocząc (ewentualnie podbijając) okoliczne ziemie Inkowie nie niszczyli miejscowych świątyń czy wyroczni, a raczej włączali je w swój system religijny (to samo czynili Rzymianie – co przeczy twierdzeniu pewnego grubego Galla, że byli głupi). Swoje osady budowali też w niejakim oddaleniu od tych pierwotnych – co właśnie widzieliśmy jak na dłoni.
Wejście do twierdzy
  Potem wystarczyło tylko pokonać chybotliwy mostek przerzucony nad strumieniem i znaleźliśmy się na terenie stanowiska archeologicznego. Na nowym, kilkuletnim zaledwie, budynku była mapa okolic oraz krótki rys historyczny (nie było za to strażnika – a przynajmniej nie było go widać; Elias, nasz przewodnik ostrzegał, że może ktoś tu siedzieć i wołać drobnej opłaty za wstęp na teren ruin). Była też bieżąca woda i sławojka – słowem andyjskie centrum turystyczne wysokiej klasy.
Rogaty Gród
  Stamtąd do Rogatej Fortecy był rzut kamieniem – to znaczy krótka wspinaczka. Na miejscu okazało się, że jednak faktycznie ktoś czuwa nad całym stanowiskiem. Co prawda dawne, położone nad naprawdę (serio) głębokim kanionem Apurimac (przepaść była odgrodzona sznurkiem, więc było bezpiecznie) miejsca kultunie wyglądały na użytkowane (w okolicy Cuzco spotkałem prekolumbijskie ołtarze nadal użytkowane – dziś jeszcze składano na nich ofiary), ale trawa była równo przystrzyżona. Po chwili, kiedy kolega włączył drona, okazało się, że jednak strażnik był. Przyleciał, i powiedział, że bez zezwolenia nie wolno używać tu takich maszyn. Nie wiedzieliśmy, czy ma rację – pewnie miał, więc posłusznie przestaliśmy latać.
Ruiny
  - Właściwie to już wszystko nagrałem – mruknął jeszcze kolega pod nosem.
  Generalnie preinkaska budowla wyglądała naprawdę przepięknie – głównie dzięki położeniu nad kanionem (przyznam się, że do najbardziej malowniczych i ekstremalnie położonych ołtarzy nie dotarłem – dopadło mnie zmęczenie i nie uśmiechało mi się balansować nad kilkusetmetrową przepaścią mając zawroty głowy; na szczęście po pół godzinie organizm się uspokoił; life-hack: jeżeli nie trzeba, nie ma po co ryzykować w górach). Była też dobrym przykładem tego, że wszystko się zmienia – o czym była mowa w poprzednich wpisach.
  Po Inkach, po ich poprzednikach także, nie zostało tu nic więcej niż masa kamieni. Po nas też zaraz miało tam nic nie pozostać.
Waqrapukara

  Zanim jednak rozpoczęliśmy powrót – kilka kilometrów do wsi, w której miał czekać na nas Elias – przypałętał się do nas pies.
  Miejscowy, chudy. Kolega zlitował się i dał mu kawałek kanapki – co z jednej strony było czynem zacnym, z drugiej jednak...
  - No patrz, co narobiłeś – zaskrzeczałem – To najlepsza rzecz, jaka się temu psu zdarzyła w życiu. Teraz się go już nie pozbędziemy, a przecież nie zabierzemy ze sobą do Cuzco.
  - E tam.
  Ale faktycznie – pies się do nas podpiął. Raz szedł z nami, to wyforsowywał się do przodu i potem czekał, to znów zamykał pochód biegnąc w ariergardzie. I tak przez kilka kilometrów marszu powrotnego.
  Pies biegał, a my szliśmy. I szliśmy. Dotarliśmy do rozstaju, o którym mówił nam Elias, skręciliśmy w stronę owej wioski, Wayqui. I szliśmy. Ścieżka to wznosiła się, to opadała. Słońce tylko opadało. A my szliśmy. Wreszcie, całkiem zmęczeni, gdzieś w dolinie dostrzegliśmy wieś.
  - Jest! - krzyknęliśmy, a pies potwierdził szczeknięciem.
  Niestety, droga którą wędrowaliśmy zdecydowanie i ewidentnie biegła w inną stronę. Nie do wioski. To znaczy – musiała chyba do miejscowości dotrzeć, ale po ilu kilometrach? A – jak było powiedziane – słońce w dół spadało (jakby mogło spadać w górę) i powoli zbliżał się wieczór, który na tych szerokościach geograficznych trwa przecież krócej niż chwilę. Jako licencjonowany pilot wycieczek przejąłem inicjatywę (co oznaczało, że zmęczenie, jakie dopadło mnie na ruinach Waqrapukary przeminęło):
  - Patrzcie, tu jest ścieżka – wskazałem żleb środkiem którego biegło coś, co przy naszym dotychczasowym trakcie wyglądało tak, jak mały fiat przy ferrari testarossie.
  - Niby gdzie – reszta ekipy spojrzała w dół.
  - O tu – wskazałem – Widzicie? Są ślady zwierząt. Znaczy się ktoś tędy chodzi.
  Byłem niezwykle dumny z moich umiejętności tropiciela, ale jeszcze nie rozwiałem wszystkich wątpliwości.
  - Nie wiem, czy to dobry pomysł....
  - Skoro – argumentowałem – Ktoś tędy chodzi, to i my przejdziemy. Poza tym – wskazałem na zabudowania w dole – Wioska jest w tamtą stronę, droga biegnie gdzie indziej, a idzie wieczór...
  Udało się, przekonałem resztę grupy. Nawet pies przez jakiś czas szedł z nami po stromym zboczu. Potem szczeknął i ulotnił się.
  - No wreszcie – odetchnąłem, bo nie chciałem ciągnąć zwierzaka ze sobą.
  Ulga trwała jednak tylko chwilkę. Stromym żlebem płynął niewielki strumyk. A tam, gdzie strumyki tam są... Meszki. To krewniacy komarów, równie krwiopijni co i one, z tym, że zamiast kłuć ofiarę bezczelnie wgryzają się w ciało. Do krwi. I najczęściej atakują całą chmarą. Tak też było w tym wypadku. Cóż, nie przeciągając relacji z tego niezbyt przyjemnego fragmentu trasy powiem tylko, że stupy i rany po ugryzieniach goiły się dobry tydzień... Jedno trzeba tylko przyznać meszkom na plus: nie bzyczą.
  W końcu jednak wąska ścieżka skończyła się, zmęczeni i pokąsani do krwi stanęliśmy na dużo szerszym trakcie, na którym przywitał nas... pies. Wyszło na to, że zwierzak doskonale znał trasę, i zamiast przedzierać się przez gąszcz przyszedł tutaj normalną drogą.
  Przez resztę wędrówki do wsi on prowadził.
  Do Wayqui dotarliśmy tuż przed zachodem słońca. Udało się jeszcze zwiedzić inne ruiny: resztki zbudowanego z cegły adobe kościółka, załatwić psu posiłek u miejscowych i spotkać naszego przewodnika Eliasa (który przecież pochodził z tych rejonów, więc miał we wsi sporo znajomych a i pewnie rodziny, więc czekając na nas raczej się nie nudził). Potem pożegnaliśmy się z autochtonami i ruszyliśmy do Cuzco odespać wyprawę i posmarować się środkiem na ukąszenia owadów (niewiele dał). A czas dalej płynął toczył się cyklami.
Andyjska wioska
  Cóż, zostało jeszcze parę miejsc w Andach o których chciałbym opowiedzieć – ale na tą chwilę tych wysokich gór mam za dużo. Trzeba zmienić temat. Wspominałem – a nie jest to miłe wspomnienie – o meszkach (one przynajmniej, jak już mówiłem, nie bzyczą – kiedy siedziałem dwa tygodnie w Zorritos w związku z epidemią koronawirusa dzięki komarom straciłem kilka litrów krwi) – ale są przecież na Świecie ciekawsze i bardziej potrzebne owady. O nich (głównie) zrobię następny wpis. A co. Tak w ramach odpoczynku od wysokości.
  I jeszcze na koniec filmik z widokiem na Waqrapukarę, nakręcony, jak się okazało, nie do końca legalnie (Rogaty Gród od 2:37):


7 września 2020

Rogaty Gród cz. 2

  Elias, nasz kierowca podrapał się po głowie. Miał dowieźć nas w okolice preinkaskiej twierdzy Waqrapukara oraz wskazać nam do niej drogę. A tymczasem wyglądało na to, że jego toyota za chwilę na dobre ugrzęźnie w błocie.
  - Dalej to chyba nie pojedziemy – stwierdził Janek, mający czasem tą wspaniałą umiejętność wypowiadania na głos rzeczy oczywistych dla wszystkich (czasem to pomaga, jak w tym wypadku).
  Elias smutnie pokiwał głową. Właściwie to wiedział o tym, ale przecież miał nas dostarczyć w okolice zabytku, a to jeszcze kawałek drogi... Widać było, jak chwilę walczy ze sobą, ale w końcu podjął decyzję. Zamknął auto na klucz i powiedział, bo przecież do niego musiało należeć ostatnie słowo:
  - Dalej nie pojedziemy. Pójdziemy pieszo.
  Trochę się zdziwiliśmy, że nasz przewodnik chce zostawić auto na środku wysokogórskiej łąki, ale wkrótce zdradził nam swój plan:
  - Podprowadzę was kawałek, do rozwidlenia szlaków. Jedna ścieżka będzie wiodła do twierdzy, a druga do Wayqui. Nie można się zgubić. Potem wrócę po auto i pojadę do wioski. Będę tam na was czekał.
  - Ale możemy przyjść wieczorem dopiero – zgłosiliśmy uwagi do tego planu.
  - No tak – Elias wzruszył ramionami – Dlatego poczekam.
Kanion Apurimac

  Tak więc ruszyliśmy. Po niezbyt długim i stromym podejściu łąki i pola skończyły się – zaczął się kanion Apurimac. Przepiękny, przecudowny. Dalsza nasza trasa wiodła właśnie wzdłuż tego cudu natury – nie wiem, czy głębszego w tym miejscu od słynnego kanionu rzeki Colorado; nawet jeżeli – w co wątpię – nie był przepastniejszy, to na pewno był bardziej zielony. Szliśmy i podziwialiśmy. Całe szczęście, że ścieżka była równa – byliśmy na wysokości ponad 4 kilometrów nad poziomem morza, każde podejście powodowałoby, że zamiast chłonąć landszafty dyszelibyśmy jak silnik wartburga.
  - Masz żonę i dzieci? - zapytał Elias; było to standardowe pytanie zadawane przez mieszkańców Ameryki Łacińskiej; Białasy często są tym skonfundowane, że niby to taka zażyłość jakaś, że obcej osoby to nie wypada tak pytać, ale po pierwsze: Latynosi są bardzo bezpośredni i dosłowni, po drugie zaś pokazuje to, co jest ważne dla nich: nie jakaś kariera, wyimaginowana samorealizacja, a rodzina, czy też, powiem jako biolog, sukces biologiczny; myśmy zapomnieli chyba o co tak naprawdę chodzi w życiu.
  - Nie – odparłem zgodnie z prawdą.
  - Jak to? - zdziwił się Latynos – Masz już tyle lat i nie masz jeszcze?
  - No, tak wyszło...
  - Ojoj – stwierdził i zabrzmiało to tak, jakby próbował mnie pocieszyć; może faktycznie tak było.
  Sam, co zdradził chwile później, miał dwadzieścia pięć lat i jeszcze nie miał dzieci ale – tu uśmiechnął się znacząco – mocno się o nie stara. Swoją drogą rozmowa o rodzinie jest chyba ciekawsza niż niezwykle popularne nasze smoltoki (z angielskiego small talk, oczywiście), czyli gadki o niczym (albo ja po prostu nie umiem gadać o niczym – byłem kiedyś świadkiem piętnastominutowej konwersacji kilkorga pań: przez ten czas nie wymieniły między sobą żadnej – żadnej – informacji; ot, różnice płci). Dalszą rozmowę przerwało nam pojawienie się na ścieżce byka. To znaczy samca krowy. Można – samca od samicy – odróżnić licząc wymiona. Jeśli są cztery, to jest to krowa. Jeśli jedno, to prawdopodobnie nie jest to wymię. Ten byk miał poza tym pokaźne rogi. Miałem kiedyś okazję uciekać już przed osobnikiem tego gatunku – rzecz działa się w Sudetach (a niektórzy jeżdżą po to do baskijskiej Pampeluny, ha!), ale było kilka różnic pomiędzy tamtą – a tą – sytuacją. Wtedy był to młody, naładowany testosteronem zły byczek – teraz było to dostojne, potężne zwierzę (ciekawe, czy miało więcej testosteronu? Swoją drogą jądra byka traktowane są jako afrodyzjak, ba, ich spożycie zwiększa nie tylko chęć, ale i moc) – a ja byłem z kolei młody i... Nieważne. Onegdaj było też gdzie uciekać – a tu z jednej strony kanion Apurimac, z drugiej zaś pionowa skalna ściana.
Kanion Apurimac
  - Byk – stwierdziłem, ponieważ ja również czasem mówię rzeczy oczywiste.
  - Aha – odparł Elias i podniósł z ziemi kamień.
  Zanim zapytałem się co chce zrobić wziął zamach i trafił byka prosto w wystający róg. Przez głowę przebiegła mi myśl: no, to teraz zwierzaka dopiero rozsierdził. Ale nie. Byk spojrzał na nas wielce zdziwiony – widać rzadko kogoś tu spotykał.
  - Sio! - krzyknął Elias i schylił się po następny kamień.
  Przy trzecim pocisku (ale tylko pierwszy tak wspaniale zadźwięczał o byczy róg – ha, w końcu zbliżaliśmy się do Rogatej Fortecy) zwierz odwrócił się i sobie poszedł. Kiedy tylko pojawiła się taka możliwość zszedł ze ścieżki na położone ciut niżej zbocza i stamtąd, z bezpiecznej odległości (bezpiecznej dla nas, oczywiście), obserwował spode łba bandę nachodźców. Wkrótce też pożegnaliśmy się z Eliasem – mieliśmy nadzieję, że nie na zawsze, że będzie czekał na nas we wsi – i ruszyliśmy dalej.
  Po drodze spotkaliśmy jeszcze kilku przedstawicieli rodziny Bovidae – ale nie zwracały na nas uwagi – pasły się spokojnie na zboczach kanionu. Oczywiście, nie były to dzikie krowy. Gdzieś w odległych wioskach byli ich właściciele, ale one chodziły sobie samopas. Fachowo nazywa się to ekstensywny chów bydła – i wbrew obiegowym opiniom występuje także w Europie, choć oczywiście nie tak często jak kiedyś.
  Krowom towarzyszył też łubin oraz spalone pnie rachitycznych na tej wysokości drzewek – jak nam wyjaśnił zanim się rozstaliśmy Elias – niedawno był tu pożar. Po pogorzeliskach wędrowałem w kilku częściach Świata – i jako biolog nie mam nic przeciwko pożarom. Owszem, na krótką metę przynoszą straty, ale raczej gospodarce ludzkiej niż środowisku. Nieraz ogień jest niezbędny dla funkcjonowania danych ekosystemów i bez pożarów (czasem wywoływanych też przez Człowieka, będącego częścią ekosystemu) dane środowisko nie mogłoby funkcjonować, ale wchodzimy tu w zawiłości niezwykle trudnej nauki jaką jest ekologia (z racji tego, że jest skomplikowana nic o niej nie wiedzą tzw. "ekolodzy", kojarzycie, ci, którzy – raczej nie za darmo – przykuwają się do drzew i inne takie). A na to nie ma tu miejsca, bo trzeba podziwiać kanion Apurimac.
Kanion Apurimac
  Wzdłuż którego wędrowaliśmy w palącym słońcu andyjskiego dnia, aż natknęliśmy się na niezwykły w swoim kształcie kamień...
Rzeźba
  Znak, że niechybnie zbliżaliśmy się do końca naszej wyprawy (sensu stricte: do połowy wyprawy – wyprawa polega na tym, o czym doskonale wiedzą Hobbici, że trzeba iść "tam i z powrotem"; "w te i na zad"). Niedługo – w następnej części 11.09.2020 (data znana w USA) – mieliśmy w końcu ujrzeć Waqrapukarę, Rogaty Gród.

4 września 2020

Rogaty Gród cz. 1

Waqrapukara
  W ostatnim wpisie było między innymi o Tupacu Amaru II, czyli Jose Gabrielu Conqcondori y Noguera, peruwiańskim szlachcicu, potomku rodu panującego w Tahuantinsuyu (tak po prawdzie to bardziej było o jego potomkach, których los zagnał do zamku Dunajec w Niedzicy, ale co tam) i pierwszemu przywódcy największego – i zarazem ostatniego – antyhiszpańskiego zrywu Inków.
  Powstanie to wybuchło Roku Pańskiego 1780 i było – jakby dziwnie to nie zabrzmiało – domniemanymi słowami Manco Inki, bratu słynnego Atahualpy i władcy Imperium (czy też może Królestwa Vilcabamby, ostatniego inkaskiego państwa). O tzw. Testamencie Manco Inki już wspominałem – jak to kazał swoim podwładnym zachować wiedzę i kulturę (brzmi to jak postulaty pracy organicznej XIX-wiecznych polskich myślicieli) oraz – o czym nie pisałem – zapowiedział odrodzenie, powrót Imperium.
  W sumie nic w tym dziwnego – Świat, wedle prekolumbijskich wierzeń – toczy się. Jest cykliczny, nie jak u nas – liniowy. Logicznym było, że skoro Imperium nie istniało, potem zaistniało, zniknęło – to przecież powróci. A skoro Hiszpanie (i w sumie postinkaska szlachta Peru też, ale takie stwierdzenie zakłóca proste, ludowe myślenie; Człowiek woli uważać, że Świat jest czarno-biały, jasny, każda informacja wywołująca zachwianie prostego obrazu powoduje niepokój i jest tępiona z zawrotną siłą – wystarczy przyjrzeć się chociażby niektórym aspektom dyskursu politycznego we współczesnej Polsce żeby stwierdzić, że to prawda – ma być jasno i prosto) wyzyskiwali Indian to czasy panowania Inków jawiły się jako mityczny "Złoty Wiek". A skoro wszystko toczy kołem – czasy szczęśliwości powrócą – wraz z Inką.
Inkowie
  Czy była to jedna z motywacji Tupaca Amaru II? W końcu przybrał imię ostatniego Sapa Inki... Sam będąc – jakby to powiedzieli marksiści – przedstawicielem klasy wyzyskiwaczy nie powinien być jakoś żywotnie zainteresowany powrotem owego mitycznego Złotego Wieku. A jednak – został andyjskim Kuklińskim i rozpoczął nierówną walkę przeciwko Imperium Hiszpańskiemu. Po roku został pojmany i skazany na rozerwanie końmi na kuzkańskim rynku – w tym samym mniej więcej miejscu, w którym dekapitowano Tupaca Amaru I. Rącze rumaki mające dokonać egzekucji okazały się jednak marnymi chabetami i inkaskiego przywódcę trzeba było konwencjonalnie poszatkować. Przyczyniło się to oczywiście do wzrostu popularności legendy señora Conncondori. Powstanie trwało jeszcze kilka lat (do 1783 roku) i jednym z jego efektów (poza zwiększeniem niedoli Indian) było zburzenie przez Hiszpanów twierdzy w Saqsaywaman – pozostały tylko cyklopowe mury, nijak nie chcące dać się zniszczyć, a według Inków będące dziełem ludów zamieszkujących Andy na długo przed powstaniem Tahuantinsuyu (według nieocenionego AAS budowniczymi byli oczywiście Kosmici – samo Saqsaywaman to naprawdę tajemnicze miejsce, może warto by o tym napisać coś).
Rynek w Cuzco
      Inkowie bowiem nie budowali swojego państwa na tzw. surowym korzeniu. Wręcz przeciwnie – historia cywilizacji w Peru ma wiele tysięcy lat (o czym już pisałem) – i toczyła się, hm, cyklami.
  Preinkaskich śladów jest w Peru bardzo dużo, oprócz wspomnianego już przeze mnie jakiś czas temu stanowiska w Kotosh spotkałem i kilka innych, jak chociażby (dziś boliwijskie) słynne Tiwanaku nad Jeziorem Titicaca – miejsce ważne, znane oraz będące na celowniku wielu zwolenników teorii spiskowych (też mu się wpis należy, a co) – ale udało się dotrzeć także do tych mniej znanych.
Titicaca
  Właśnie wyprawa do jednego z takich miejsc sprowokowała mnie do napisania tego przydługiego wstępu o Tupacu Amaru II, bowiem nasz przewodnik, zwykły Indianin, uzmysłowił nam, że postać ta jest do dziś żywa – myślę, że miejscowi dalej wierzą w powrót Imperium Inków.
  Naszym celem była Waqrapukara – w tłumaczeniu na polski: Helmowy Jar Rogata Forteca. Była to preinkaska twierdza – czy też może ośrodek kultowy – jakiś czas temu odkryta i niezbyt znana. Może dlatego, że do najbliższych wiosek było kilka kilometrów po wysokogórskich bezdrożach (większość trasy biegła na wysokości ponad 4000 metrów)? Zapewne. Bogaty turysta z Zachodu raczej nie będzie się przemęczał, a nowoczesny (instagramowy) backpacker będzie wolał albo szwendanie się po Cuzco albo Inca Trail wiodący do Machu Picchu. Poza tym Ollantaytambo (miejsce śmierci Manco Inki, tak przy okazji) czy Pisaq nie dość, że łatwiej dostępne, to jeszcze mają turystyczną infrastrukturę. Wioska Wayqui, położona najbliżej antycznych ruin jest za to niewielką osadą zbudowaną głównie z adobe, suszonej cegły.
  Znaczyło to, że nie grozi nam w Waqrapukara tłum turystów. Wspaniała informacja! Ponieważ bilans zawsze musi wyjść na zero okazało się, że skoro nikt tam nie jeździ, to znaczy, że... Nikt tam nie jeździ. Dostać się w pobliże – nawet transportem zorganizowanym (albo zdezorganizowanym – pisałem kiedyś jak jechaliśmy ciężarówką razem z końmi) nie sposób. Owszem – mówiono kiedy pytaliśmy się w kuzkańskich agencjach – wiemy gdzie to mniej więcej jest, ale jechać tam? Eeee...
  Za którymś razem uśmiechnęło się jednak do nas szczęście. Okazało się, że jeden z pracowników – kierowca – którejś z agencji turystycznych pochodził właśnie z okolic Waqrapukary. I nawet wiedział gdzie owe ruiny się znajdują – oraz jak tam dotrzeć. Wsiedliśmy więc do delikatnie zdezelowanej toyoty i ruszyliśmy. Podróż nie była przesadnie długa – i dobrze. Oprócz bowiem kierującego Eliasa do autka musiało wejść trzech potężnej postury Białasów i jedna Białaska (postury już normalnej, ale wzrostu powodującego niezwykle zawistne spojrzenia filigranowych mieszkanek Cuzco) – było więc całkiem tłoczno.
  Kiedy dojechaliśmy niemal na miejsce – nad ogromny kanion rzeki Apurimac i zatrzymaliśmy się w punkcie widokowym Elias wskazał leżące poniżej miasteczko (jeśli mnie pamięć nie myli było to Acomayo):
  - Stąd pochodziła Rosa Noguera – powiedział z dumą – Matka Tupaca Amaru.
  A przecież on pochodził też z tych okolic – więc tak jak by splendor tego wielkiego inkaskiego powstańca spływał i w jakiejś części na niego. Może zresztą w skrytości ducha oczekiwał nadejścia Złotego Wieku – i wypędzenia Hiszpanów.
Widok na Acomayo
  My w 87,5 procentach co prawda miejscowymi nie byliśmy, lecz chyba by nas nie wypędzali – zresztą nie miało to znaczenia. Elias z powrotem zaprosił nas do wozu i ruszyliśmy. Chciał nas dowieźć jak najbliżej ruin – odezwała się w nim widać ta jakże latynoska cecha: "machoizm": dojedź, albo zgiń próbując. Andyjskie łąki (można by powiedzieć: hale, choć zamiast owiec były konie i lamy) okazały się jednak przeszkodą nie do pokonania dla eliasowej toyoty (samochodem terenowym też byśmy zresztą dużo dalej nie dojechali; jak mawia mój znajomy - im lepszy masz samochód tym dłużej musisz iść po traktor) – skutki niedawno zakończonej pory deszczowej sprawiły, że co i rusz musieliśmy wysiadać, by auto mogło ujechać tych kilka następnych metrów.
  W końcu ścieżka stała się na tyle grząska, że zagroziło to totalnym utknięciem – a wtedy trzeba by było wracać kilka kilometrów do jakichś gospodarstw pożyczyć konie mogące wydobyć pojazd z błota (cytowałem znajomego, nie?). Elias lekko się zafrasował – ale skoro miał nam pokazać jak dotrzeć do Waqrapukara (duma i honor Latynosa – na dodatek niemal spokrewnionego z matką Tupaca Amaru II) to finalnie wpadł na pewien pomysł...
  Jaki? O tym w drugiej części wpisu (07.09.2020). A potem w trzeciej (11.09.2020).

Najchętniej czytane

Kurhany

     Jadąc drogą krajową numer 12 ze starożytnego Kalisza do Sieradza (albo, jak to się mówi, curyk z powrotem) zbliżając się już do stol...