Tłumacz

10 sierpnia 2020

Laurisilva

  Trzeciorzęd. Okres geologiczny trwający przez 3 miliony lat od wyginięcia dinozaurów do, mniej więcej, pojawienia się Człowieka (tym stwierdzeniem narażę się zapewne wielbicielom pewnej byłej pani Premier oraz fanom tzw. Kamieni z Iki na których są wyryci ludzie latający na pterodaktylach, ale co tam). Generalnie dość długo i dość dawno to było (i w sumie okazuje się, że nieprawda, bo trzeciorzędu już nie ma – podzielono go na dwie inne jednostki, ale ja nadal będę używał dawnej nazwy; starych drzew się nie przesadza).
   Współcześnie mamy bardzo niewiele możliwości zerknięcia jak wyglądała ta epoka, zasiedlona przez olbrzymie gatunki ptaków i ssaków – tak zwaną trzeciorzędową megafaunę. Oczywiście, mamy słynne Rancho La Brea w Stanach Zjednoczonych, gdzie wydobyto z ropy naftowej tony szczątków zwierzęcych, gdzieniegdzie w muzeach – także w Polsce – zerkniemy na mamuta (swoją drogą na wyspach Oceanu Arktycznego mamuty przetrwały niemal do naszych czasów – przy okazji: swego czasu Syberia słynęła z eksportu kości słoniowej, mamuciej właściwie; co jakiś czas zresztą w wiecznej zmarzlinie znajdujemy zamrożonego, włochatego trąbowca – któryś car rozkazał nawet tegoż zwierza przyrządzić i podać gościom; nie smakowało, albo dla tego, że mięso zbyt długo leżało w zamrażarce, albo też, że ostatni kucharz umiejący mamuta przyrządzić wyginął razem z nimi). Nosorożce włochate, czy inne gliptodony właściwie się z nami minęły, ale tak naprawdę megafauna skończyła się wraz z trzeciorzędem i nadejściem czwartorzędu wraz z jego zlodowaceniami (przypominam, że w Instytucie Badań Czwartorzędu zlokalizowana była słynna filmowa Szuflandia, hejkum-kejkum). Resztki owej megafauny przetrwały w Afryce, więc jakimś wglądem będzie zapewne safari w Parku Narodowym Serengeti, ale klimat od tamtego czasu trochę się zmienił, więc będzie to tylko namiastka Trzeciorzędu – a poza tym miejscowe słonie czy nosorożce też są na krawędzi zagłady.
   Cały trzeciorzęd więc wziął i przeminął. Cały? Nie! Została niewielka enklawa, otoczona rzymskimi obozami Delirium... Została niewielka enklawa – lasy wawrzynolistne, rosnące po dziś dzień na Wyspach Szczęśliwych.
Epifity lasów wawrzynolistnych
   Kilka atlantyckich archipelagów, gdzie w związku z odpowiednim klimatem przetrwały jeszcze w szczątkowej formie zbiorowiska leśne porastające onegdaj to, co kiedyś miało stać się Europą. Na kontynencie nie przetrwały. Kolaps afrykańskiej i europejskiej płyty kontynentalnej wraz z orogenezą alpejską czy plejstoceńskie zlodowacenia skutecznie zmieniły szatę roślinną (no, w czasie zlodowaceń to nawet ją usunęły – dopiero potem wróciła) naszej części Świata.
Laurisilva
   A tu zostały. Na Maderze (nazwa z języka portugalskiego znaczy "drewno") i kanaryjskiej La Gomerze laurisilva, lasy wawrzynolistne zostały nawet wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, choć gdy powstawały nasi przodkowie nie odkryli jeszcze, że można kamieniem rozbić głowę sąsiadowi (a odkryli to dosyć wcześnie).
   Mało widziałem równie ponurych lasów. Owszem, w dżungli wszystko chce Cię zabić, eukaliptusy lubią co jakiś czas spłonąć, w monokulturze sosnowej możesz dostać mandat od leśniczego (a w Sherwood strzałę od banitów) – ale laurisilva są po prostu mocno depresyjne. Mgliste. Mroczne. Tak, jak gdyby nie były przystosowane dla Człowieka (i w sumie nie są).
Las wawrzynolistny
  Guanczowie, prawdopodobnie pierwsi mieszkańcy Wysp Kanaryjskich nie mieli w tych leśnych ostępach zbyt wesołego życia. Nic dziwnego, że swoje sanktuaria budowali na bezleśnych szczytach wzgórz.
Garajonay
  Czemu więc stworzyłem wpis o czymś, co zdaje się być nie do końca atrakcyjne? Raz, bo jako biolog (i miłośnik Wysp Kanaryjskich) uważam Laurisilva za coś naprawdę niezwykłego. Dwa, bo lasy te, mimo ich niegościnności potrafią być przepiękne.
La Gomera
   Wszechobecna wilgoć – głównym źródłem owej w Makaronezji są mgły; stąd lasy wawrzynolistne bywają bardzo zamglone – sprawia, że poskręcane gałęzie drzew wręcz oblepione są epifitami (czyli roślinami żyjącymi na innych roślinach i nie przynoszącymi im strat) – mchy i porosty są tu po prostu wszędzie. Zgoda, nie będą to porośla takie jak w dżungli czy równie wiekowych australijskich lasów deszczowych Gondwany (też UNESCO), ale jak ktoś zachwycał się naszymi brodaczkami w Puszczy Białowieskiej, będzie pod wrażeniem (ja się nie zachwycałem, ale prawie metrowe porosty z rodzaju brodaczka zwisające z drzew naprawdę robią wrażenie – tylko potrzebują bardzo czystego powietrza, stąd u nas chyba tylko na Podlasiu).
   Do tego jeśli już wysuniemy głowę spomiędzy drzew – na przykład wdrapując się Garajonay, najwyższy szczy La Gomery (z sanktuarium Gunaczów) to – jeśli będzie słońce – poczujemy się jak Bilbo Baggins, kiedy wdrapał się na drzewo w Mrocznej Puszczy i ujrzał ją z góry. Będzie ładnie.
Mgła
   Chyba, że będzie mglisto. Wtedy to się nic nie zobaczy, ale za to będzie bardzo mistycznie. Któregoś razu siedziałem sobie na tarasie knajpki pośrodku lasów wawrzynolistnych i spijałem gomeron – miejscowy przysmak (z La Gomery, jak się można domyślać po nazwie) zrobiony z tzw miodu palmowego (syrop taki, słodki bardzo) i podziwiałem widoki, gdy – nagle, bez ostrzeżenia, cały Świat pogrążył się w otchłani mgły (ależ grafomańskie zdanie, wypisz-wymaluj z jakiejś słabej książki fantasy). Od razu też zrobiło się chłodniej – i wilgotniej. Dopiłem kieliszek i niemal po omacku (bo była mgła, a nie dlatego, że gomeron zawiera alkohol metylowy, nie) dotarłem na swoją kwaterę. Tego dnia nie pozwiedzałem okolicy.
   Reasumując – podróż na Wyspy Szczęśliwe to trochę też (ale nie tylko, oczywiście) podróż w przeszłość. Nawet do czasów tak odległych jak trzeciorzęd. Ja ze swojej strony mogę tylko polecić – i zachęcić do odwiedzenia tych lasów. Z niezbyt jasnych dla mnie przyczyn jakoś nie są one głównym celem turystów odwiedzających Makaronezję...
Laurisilva

7 sierpnia 2020

Piramidy i jaskiniowcy

   Güímar to niewielkie miasteczko na Teneryfie na Wyspach Kanaryjskich, o czym już zresztą miałem okazję wspominać. Leży ono we wschodniej (czyli tam padają deszcze) części wyspy u stóp wulkanicznego masywu Pico del Teide (właściwie można przyjąć też założenie, że cała Teneryfa jest jednym wielkim masywem wulkanicznym, ale to nie prawda – jest ich tu co najmniej cztery) pomiędzy plantacjami bananowców oraz nielicznymi (w tej części wyspy) winnicami.
   Znajdują się tu tajemnicze piramidy, czy może nawet Piramidy. Jest ich sześć i przywodzą na myśl zagubione w jukatańskiej dżungli sakralne budowle Majów.
Piramidy w Guimar
   Na szerokie wody nauki i popkultury guimarskie budowle wypłynęły na początku lat 90-tych XX wieku, kiedy zajął się nimi niezwykły Thor Heyerdal. Już o nim wspominałem, kto chce sobie doczyta, na tą chwilę wystarczy, że powiem iż norweski badacz zajmował się (między innymi) paralelami pomiędzy cywilizacjami Starego i Nowego Świata. Głęboko był bowiem przekonany, że wczesne kultury ludzkie (to znaczy takie, które zaczęły już tworzyć cywilizację – albo i organizmy państwowe) potrafiły dość swobodnie przemieszczać się po kuli ziemskiej. Prawdopodobnie tak było, choć skala kontaktów między poszczególnymi rejonami Świata pozostaje niezbadana.
   Informacja dla niedowiarków – Fenicjanie, na rozkaz egipskiego faraona opłynęli Afrykę. Nikt im jednak nie uwierzył, bo zanotowali, że słońce pokazuje się na niebie po północnej stronie. Za takie bluźnierstwo Hannon, dowódca wyprawy mógł spokojnie stracić głowę. Kto wie zresztą, czy nie stracił. Sam Thor Heyerdal przepłynął Atlantyk na łodzi z papirusu (albo totory, to właściwie to samo, ale jedno rośnie w Egipcie, drugie w Andach – i na Wyspie Wielkanocnej) a Pacyfik na tratwie z drzewa balsy – i to mimo braku doświadczenia. Antyczni, mający w kościach wiele lat żeglowania poruszali się po morzach i oceanach zapewne z większą dezynwolturą niż norweski badacz.
Totora w Andach
   W każdym razie Heyerdal uważał, że antyczne cywilizacje kontaktowały się między sobą, a piramidy są jednym z dowodów na wymianę myśli i technologii. Innym jest na przykład sposób budowy trzcinowych łodzi – w muzeum nieopodal Piramid w Güímar znajdują się całe listy międzycywilizacyjnych paraleli – chociażby mapa rozmieszczenia piramid – w Afryce, Azji, Amerykach i Europie. Jako ciekawostkę mogę podać – nie ma tego w muzeum – iż ludowa, etniczna muzyka andyjskich Indian Ajmara oparta jest na pentatonice i bardzo zbliżona do chińskiej (czyli ciężka w odbiorze dla Europejczyków); podobnie zresztą jak i tradycyjne stroje.
Muzeum w Guimar - analogie
   Albo więc antyczni podróżnicy roznosili po całym Świecie idee i technologie, albo... Albo Człowiek w każdym zakątku Ziemi zbudowany jest podobnie, ten sam mózg, te same ręce, wpada na te same pomysły, stosując te same techniki. Obie te teorie nie muszą się oczywiście wykluczać.
   Jest jeszcze trzecia, związana z jakąś pradawną rasą, która albo rozprzestrzeniła się z jednego miejsca na Ziemi (ani chybi z Atlantydy, nie?) ucząc barbarzyńców swojej dziś już zapomnianej zaawansowanej technologii, no albo (AAS, Ancient Astronauts Society, nie?) owe zdobycze technologiczne zostały nam dane przez kosmitów – w sobie tylko wiadomym celu dbających o rozwój Ludzkości.
   No właśnie.
  Atlantyda – Wyspy Kanaryjskie, leżące na Atlantyku, muszą oczywiście znaleźć się na liście potencjalnych Atlantyd. 
   Czy wraz z innymi archipelagami Makaronezji (Wyspy Zielonego Przylądka, Azory, Madera) są szczytami tego zatopionego kontynentu? Raczej nie, odkrycie dryfu kontynentalnego na początku XX stulecia obaliło tą hipotezę (ale oczywiście zawsze znajdzie się ktoś kto to zaneguje).
Piramida w Guimar
   A piramidy? Przecież są. Na początku uważano je za sterty kamieni – rolnicy na Teneryfie oczyszczając pola układali kamienie w pryzmy – i używano do, na przykład, budowy domów. Podobno takich konstrukcji na całej wyspie było multum – w samym Güímarze oprócz sześciu zachowanych jeszcze trzy inne. Po zbadaniu sprawy przez Heyerdala okazało się, że nie – że zbudowane są nie z miejscowego kamienia tylko ze skał wulkanicznych (no ale przecież cała wyspa jest pochodzenia wulkanicznego... może na miejscu są innego typu skały wulkaniczne?) i na dodatek kamienie narożne nosiły ślady obróbki.
   Ani chybi – prawdziwe piramidy. Do tego w jaskini pod jedną z piramid mieszkali Guanczowie – kanaryjscy aborygeni.
Sztuka Guanczów
Dziedzictwo neolitu
  Igwanciyen, Guanczowie to rdzenni mieszkańcy Wysp Kanaryjskich – dziś już wymarli (choć zapewne jakiś procent genów Kanaryjczyków jest guanczowy – swoją drogą czasem na Teneryfie można spotkać napisy: "Goci do domu" – chodzi tu oczywiście o przybyszów z kontynentu, mających w części wizygockie korzenie lub "Teneryfa Guanczowa i Niepodległa" – gdzieś tam się dziedzictwo aborygenów tli w świadomości mieszkańców). Kiedy Hiszpanie przypłynęli na wyspy spotkali prymitywną kulturę – neolityczną, więc istniało pasterstwo i wczesne rolnictwo – jaskiniowców. Nie przeszkodziło to przybyszom dostać bęcki na Teneryfie i Gomerze – wyspach, gdzie Guanczowie tworzyli dość zgrane państewka. Finalnie jednak miejscowi przegrali i zostali w większości eksterminowani. Nie zachował się język – istnieją pewne przesłanki, że był to jeden z języków berberyjskich (pozdrawiam znajomych Berberów z Maroka), do dziś używanych, mimo agresywnej arabizacji, w Zachodniej Afryce – głównie na Saharze i w Górach Atlas – choć na La Gomerze przetrwał "el silbo", język gwizdów; dziś jest nauczany w szkołach. Niewiele pozostało po kulturze materialnej Guanczów – trochę ceramiki, obsydianowych narzędzi, parę mumii (to kolejna paralela między Starym i Nowym Światem) kilka ośrodków kultowych – najlepiej zachowany widziałem na Gomerze, we wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO Parku Narodowym Garajonay – na najwyższym wzniesieniu wyspy – Garajonay właśnie.
   Nie wyglądał imponująco.
Garajonay
  Widząc wytwory kultury Guanczów trudno przypuszczać, że mogliby być potomkami jakiejś wysoko zaawansowanej cywilizacji – choć nie oznacza to, że kiedyś nie mogli wznieść piramid, prawda? W końcu każda szanująca się antyczna cywilizacja wznosiła wielkie budowle – czy to kamienne, czy to ziemne, czy to drewniane.
   Antyczni podróżnicy i pisarze znali wyspy Makaronezji (na Azorach odkryto fenickie monety) – Teneryfę nazywano w czasach rzymskich Nivaria – w związku z ośnieżonym szczytem Teide. Na części wysp znaleziono pismo o libijskiej proweniencji. Co do piramid – greko-rzymscy autorzy piszą, że na można tu było znaleźć ruiny starożytnych (już wtedy) budowli. Jednak, piszą też, że wyspy były bezludne. Albo więc zmyślają, albo Guanczowie musieli przybyć z Afryki – bo raczej są spokrewnieni z Berberami (Berberzy których spotkałem nie mają zbyt dużo fenotypowych cech semickich; trafiają się rudowłosi i jasnoocy niemal kromaniończycy, ale także ciemnoskórzy choć nie typowi negroidzi) – po czasach rzymskich (a przed nadejściem islamu, ponieważ nie znali Allaha). Pytanie, czy wtedy możliwe by było, żeby stali na tak niskim poziomie rozwoju?
Mumia - rekonstrukcja
   Trudno odpowiedzieć na to pytanie – może być przecież tak, że wyspy nie były bezludne, ale też nie było na nich starożytnych ruin. Jak było naprawdę nie dowiemy się chyba nigdy.
   I na zakończenie powrót do Güímaru – swoją drogą przed konkwistą była to stolica jednego z dziesięciu królestw na Teneryfie – i jego piramid. Badając jakiś czas po Heyerdalu budowle potwierdzono odkrycia Norwega – rzeczywiście, schodkowe konstrukcje zbudowano celowo, wcześniej plantując i przygotowując teren pod budowę, ale...
   W warstwie gleby pod piramidami znaleziono narzędzia z XIX wieku.

3 sierpnia 2020

Teneryfa cz. 2

   Poprzedni wpis – poświęcony raczej niezwykle urokliwej przyrodzie Teneryfy – zakończyłem wzmianką o La Laguna. Czy też może, jak brzmi pełna nazwa miasta – San Cristobal de la Laguna ("Święty Krzysztof znad Jeziora" – jeziora już nie ma, wyschło, została tylko nazwa).
   Jest to pierwsza stolica wyspy – założona przez Hiszpanów po pokonaniu Guanczów. Swoją drogą aborygeni z Tenerefy, żyjący na poziomie epoki kamienia, niemal 100 lat opierali się europejskim najeźdźcom. Ulegli ostatecznie dopiero pod koniec 1495 roku – czyli kiedy niejaki Krzysztof Kolumb (chwilę wcześniej odwiedzający w czasie swej pierwszej wyprawy wyspy – La Gomera była ostatnim postojem trzech niewielkich statków przed przekroczeniem Atlantyku) już doniósł o odkryciu zachodniej drogi Indii (trochę minął się z prawdą, ale co tam).
La Laguna
   Ma La Laguna wielki wpływ na dalszą historię podboju Ameryki (pomijam fakt, że z Teneryfy pochodziła przecież rodzina Simona Bolivara, El Libertadora, Wyzwoliciela – przywódcy antykolonialnego powstania w Ameryce Południowej i twórcy większości państw istniejących na tym kontynencie) – miasto to było bowiem pierwszym hiszpańskim kolonialnym ośrodkiem. Niejako eksperymentem. Następne miasta, zakładane już w Nowym Świecie, były wzorowane właśnie na La Lagunie (przyzna to każdy, kto chociażby przespaceruje się limańską dzielnicą Rimac – to ta zachowana z czasów kolonialnych – skóra zdjęta z La Laguny). Jedno, co dodano, taki amerykański sznyt, to regularna siatka ulic. Pomysł ten, zaczerpnięty od Indian (i jakże obcy chaotycznej, hiszpańskiej duszy) okazał się być wspaniałym patentem – łatwo parcelowało się tereny przyszłego miasta oraz – co ważniejsze – nie wymagało to udziału drogich geodetów.
La Laguna
   W San Cristobal de la Laguna jeszcze tego nie ma. Jest za to iberyjski barok z charakterystycznymi drewnianymi zabudowanymi balkonami oraz z sięgającymi jeszcze czasów rzymskich obowiązkowymi podwórcami wewnątrz rezydencjalnych domów.
   La Lagunę założono w dobrym miejscu – nad jeziorem, więc był rezerwuar wody pitnej (uzupełniany oczywiście deszczami, to opadowa część wyspy) oraz dość daleko od brzegów morskich. Chroniło to przed napadami piratów – głównie angielskich (brytyjscy turyści tłumnie odwiedzający wyspę zapewne stwierdzą, że to nie byli piraci, ino korsarze, posiadający legalne listy kaperskie wystawione przez angielskiego monarchę – zresztą kpem byłby ten kto korsarzem nazwałby admirała Blake'a w służbie Rzeczypospolitej Angielskiej, a on też podle Teneryfy walczył). Zresztą kiedy już przeniesiono stolicę do nadmorskiego Santa Cruz można się było przekonać, jak dobrą lokację miała La Laguna. Nowa stolica rychło stała się celem ataków (do dziś w Santa Cruz, ale i w Puerto de la Cruz, można zobaczyć pozostałości fortów czy baterii artyleryjskich chroniących miasta). Podczas jednego z nich prawe ramię stracił słynny Horacy Nelson, brytyjski bohater narodowy spod Trafalgaru (jego pomnik na placu upamiętniającym owo zwycięstwo to jeden z symboli Londynu).
Fort św Jana
   Przed hiszpańskim podbojem na Teneryfie raczej miast nie było (choć antyczni pisarze wspominają o jakichś ruinach na bezludnych wtedy wyspach). Guanczowie budowali co prawda niewielkie kamienne wioski, ale mieszkali też w licznych na Wyspach Kanaryjskich jaskiniach. Sporo informacji o aborygenach znajduje się w Muzeum Historii Naturalnej w Santa Cruz – udało mi się je zwiedzić za darmo – jako nauczyciel (co prawda w stanie spoczynku) dostałem specjalną, gratisową wejściówkę. Czyli jednak są jakieś benefity związane z pracą w szkole.
   Co do jaskiniowców – także dziś można się na takich natknąć. Przejeżdżając kilkukrotnie teneryfską autostradą zauważyłem dziwną konstrukcję – cały las... anten. Stały sobie te urządzenia w szczerym polu i nijak nie wyglądały – choć taki był pierwszy zamysł – na chociażby wojskową stację nadawczą czy nasłuchową. Właściwie była to grupa anten wyglądających jak telewizyjne, ale czemu znajdowały się w szczerym polu? Przecież w okolicy nie było nawet glinianej chatki...
   Sprawdziłem to. Okazało się, że anteny stoją na klifie, w którym znajduje się jaskinia. W której to jaskini zbudowana została wioska. Cóż, jaskiniowcy, nie jaskiniowcy, mieszkańcy raczej chcieliby pooglądać telewizję, a w pieczarze sygnał słaby... Każdy mieszkaniec wyprowadził więc antenę na górę klifu – i tak oto powstało dziwne, druciane pole. Wioska nazywa się Los Barrancos, tak przy okazji.
Wioska jaskiniowa
   Rzeczona osada znajduje się całkiem niedaleko Candelarii. To mała mieścina z czarną, wulkaniczną plażą i jaskinią będącą miejscem pielgrzymek (obecnie jaskinia jest zamknięta dla zwiedzających, ponieważ w związku z niszczącą działalnością morskich fal grozi zawaleniem). W owej grocie, jeszcze przed konkwistą, Guanczowie znaleźli wyrzucony przez posąg La Morenity – Matki Boskiej z Dzieciątkiem Jezus o czarnej twarzy – i rozpoczęli oddawanie mu czci. Po przyjęciu chrześcijaństwa w Candelarii ustanowiono sanktuarium Matki Boskiej Gromnicznej oraz wybudowano, już współcześnie, spory kościół. Widoczna w ołtarzu rzeźba jest jednak tylko kopią. Jakiś czas po konkwiście morskie fale zabrały z powrotem oryginalną figurę La Morenity. A i po Guanczach zostały tylko – jest to oczywiście artystyczna impresja – posągi prehiszpańskich władców wyspy stojące na placu przed bazyliką.
Candelaria i posągi Guanczów
   A z kolei niedaleko Candelarii (cóż, tak naprawdę to na Teneryfie wszędzie jest blisko) znajduje się miasteczko Güímar. Senna mieścina otoczona plantacjami bananowców leży u stóp wulkanu i ma piramidy.
Piramidy w Guimar
   Dokładniej: 6 schodkowych budowli (było podobno 9, ale trzy rozebrano jakiś czas temu na części) przypominających Piramidę Dżasera oraz mezoamerykańskie świątynie. Budowlami tymi zainteresował się sam Thor Heyerdal, pionier archeologii eksperymentalnej, badacz i podróżnik – i doszedł do wniosku, że budowle te są autentyczne i antyczne – możliwe, że pochodzą nawet sprzed osadnictwa Guanczów – którzy żyli przecież na poziomie epoki kamienia. Mimo późniejszych kontrowersji związanych z wiekiem budowli obecnie są one chronione przez miejscowe muzeum, dedykowane właśnie słynnemu norweskiemu naukowcowi. Można tam zobaczyć repliki słynnych łodzi Heyerdala (Kon-Tiki, Ra, Ra II, Tiger) oraz dowiedzieć się o analogiach w kulturach Starego i Nowego Świata. Jest także ogród z trującymi roślinami, tak z innej beczki. Cóż, obecnie muzeum to główna turystyczna atrakcja miasteczka, oraz powód na wpisanie przez wielu poszukiwaczy Teneryfy na listę potencjalnych Atlantyd.
   Tak więc oprócz przepięknej przyrody (Pico del Teide oczywiście) i historii ma też Teneryfa swoje tajemnice – jak chyba żadna inna wyspa Makaronezji. Na pewno jest warta odwiedzenia – i gdy tylko szczęśliwie minie panosząca się obecnie pandemia koronawirusa na pewno wyspę odwiedzę. Do czego i Was zachęcam.

31 lipca 2020

Teneryfa cz. 1

  Teneryfa. Największa i najwyższa z archipelagu Wysp Kanaryjskich, ba, w całej Makaronezji (czyli Wyspach Szczęśliwych). Miejsce przepiękne i czarowne – a na dodatek ma dużo niższy, bo zaledwie siedmioprocentowy, VAT niż cała Unia E***pejska. Coś cudownego.
Teneryfa
   Ale oczywiście nie mówcie tego na sąsiadującej Gran Canarii – spory o to, która wyspa jest ważniejsza sprawiły, że Wyspy Kanaryjskie nie stanowią wspólnej jednostki administracyjnej (tzw. autonomii) – podzielone są na dwie prowincje: ze stolicami w Santa Cruz na Teneryfie i w grankanaryjskiej mieścinie Las Palmas (no to mnie z Gran Canarii pogonią).
   - Wiesz, na Teneryfie są tramwaje, a na Gran Canarii nie ma – Salvador, znajomy pracownik przedsiębiorstwa komunikacji w Santa Cruz nie krył dumy z tej niewielkiej przewagi nad sąsiadem.
  W każdym razie: kiedy tylko mogę Teneryfę odwiedzam. Najkrócej oczywiście zatrzymuję się w stolicy, Santa Cruz – głównie po to, żeby tramwajem podjechać do La Laguny albo złapać lokalny autobus (nazywają te tu "guagua", są zielone i obsługuje je przedsiębiorstwo o zabawnej nazwie TITSA) i jechać w inne rejony wyspy (na przykład w najstarsze na wyspie pasmo górskie Anaga). Czasem też zajrzę na południe, na Costa Adeje – w regiony niemal pozbawione deszczu i będące przez to centrum plażowania na Teneryfie.
Endemity
   Ma bowiem wyspa ciekawą właściwość – można spotkać tutaj całą gamę klimatów – odpowiada za to olbrzymi masyw górski, wulkaniczny właściwie (jakieś 7500 metrów wysokości od dna morskiego – od powierzchni Atlantyku jakieś 3718) – Pico del Teide.
Teida
   Genialna góra – zresztą o pierwszej wizycie na tym wulkanie już pisałem – onegdaj uważana za najwyższą na Świecie. Piękno i surowość tego stratowulkanu zdjęcia oddadzą tylko w części. Oczywiście, można pod szczyt wjechać kolejką, ale wtedy traci się możliwość spotkania chociażby marsjańskich krajobrazów (testuje się tu łaziki marsjańskie), obsydianu (szkło wulkaniczne, szerzej znane archeologom i miłośnikom "Gry o Tron), Jaj Teide (Huevos del Teide – fragmenty lawy) czy podziwiania panoramy kaldery Las Canadas (równina leżąca na wysokości 2000 metrów otoczona postrzępionymi skałami – dawno temu Teide było dużo wyższe, ale wybuchło i zapadło się – powstała dziura w ziemi z której, podobnie jak na Santorynie, wyrósł kolejny wulkaniczny szczyt – i kolejny; Teide przypomina olbrzymią piramidę schodkową).
Jaja Teide
Marsjańskie Teide
Las Canedas
   Jest Teide wulkanem czynnym. Na szczycie czuć wyziewy siarkowe, a gdy spadnie śnieg – a zdarza się to czasami, Rzymianie wszak nazywali górę "Nivaria" – "Śnieżna" – sam szczyt jest jednak wolny od białej pokrywy. Ziemia tam jest ciepła – można to sprawdzić organoleptycznie (jeśli oczywiście ma się zezwolenie – darmowe, ale trudne do zdobycia w związku z reglamentowaną liczbą turystów mogących wejść na szczyt). Co jakiś czas wulkan wybucha – wtedy czasem dochodzi do tragedii: na przykład na początku XVIII wieku zalany lawą zostało Garachico, ówcześnie główny port wyspy. Spacerując po jałowych, księżycowych, zboczach Teide można dojść do wniosku, że Pan Bóg nie potrzebuje bomby atomowej – skoro ma wulkany. Sama góra była poza tym czczona przez miejscowych Guanczów jako coś na kształt axis mundi – oraz miejsce uwięzienia złego demona Guayoty. W licznych jaskiniach znajdujących się na zboczach Echeyde – jak w języku Guanczów nazywało się Teide – znaleziono liczne narzędzia i ceramikę, świadczące o dość żywym i intensywnym kulcie w tym rejonie. Swoją drogą Guayota przedstawiany był jako czarny pies – a to od psów właśnie cały archipelag przyjął swą współczesną nazwę (nie od kanarków – to kanarek dostał nazwę po wyspach; swoją drogą dzięki wiedzy o pochodzeniu nazwy Wyspy Kanaryjskie mój znajomy wygrał teleturniej "Va Banque" – niby wiedza bezużyteczna, ale...).
Garachico
Marsjańskie Teide
   Masyw Teide dzieli Teneryfę na dwie strefy – na północy prądy morskie przynoszą opady, dlatego ta część wyspy jest zielona – a w Anadze rosną pozostałości trzeciorzędowych lasów wawrzynolistnych (Laurasilva) – południe natomiast jest jałowe, gdzieniegdzie może tylko okraszone plantacjami bananów (jest bowiem Teneryfa największym w Unii E***pejskiej producentem tych jagód; na Świecie prym wiedzie Ekwador). Na południu – jak już wspominałem – znajdują się plaże. A Los Cristianos czy Las Americas to znane kurorty. Czyli mówiąc krótko – tam jest nudno.
Anaga
   Co innego północ wyspy. Wokół Puerto de la Cruz znaleźć można kilka interesujących atrakcji – o Garachico już wspominałem – chociażby ową słynną Drago Millenario – Smokowca Tysiącletniego. To oczywiście humbug – potężna ta dracena ma zaledwie jakieś 800-900 lat, ale i tak robi wrażenie – zwłaszcza, gdy się podejdzie z bliska pod sam pień (większość turystów ogląda ów kanaryjski endemit zza ogrodzenia – nie chce im się chociażby szukać kasy biletowej, która swoją drogą jest delikatnie ukryta; co zaś się endemitów tyczy – Teneryfa to od tym względem miejsce naprawdę wybitne). Niedaleko smoczego drzewa znajduje się niewielkie muzeum poświęcone Guanczom, rdzennym mieszkańcom Teneryfy – ale jest to atrakcja raczej dla dzieci; dużo ciekawsze jest Muzeum Historii Naturalnej w Santa Cruz.
Dracena Tysiącletnia
   Północ wyspy to także Anaga – niezbyt wysokie wulkaniczne góry – ale rekompensują to sobie niezwykłą urwistością. Polecam spacer, zwłaszcza, że to całkiem niedaleko z La Laguny – dawnej stolicy wyspy.
Anaga
   La Laguna – do której można dojechać z Santa Cruz tramwajem jest, podobnie jak Pico del Teide, wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Ale o tym czarownym miejscu będzie już w następnej części wpisu - w sierpniu, trzeciego.

24 lipca 2020

Prypeć cz. 2 - Miasto tajemnic

   Tak, że tego. Życie w Prypeci przeminęło.
  Oczywiście, jeśli nie liczyć paru stalkerów ukrywających się w opuszczonym mieście. Zresztą teraz dla nich zaczął się trudny okres, ale o tym na koniec.
   W każdym razie: życie przeminęło – zostało kilka tajemnic.
Telewizja kłamie!
  Oczywiście, nie dotyczą one samej katastrofy – tu fakty są (po latach) znane. Gorzej jest z usuwaniem skutków owego wydarzenia. Tu wciąż brak danych – zresztą może wcale ich nie ma, jeśli akcja była organizowana na bieżąco, mogły się niektóre informacje nie zapisać. Poza tym ilość ofiar jest nieznana – oficjalnie wybuch pochłonął (jeśli mnie pamięć nie myli, a może mylić) 17 istnień ludzkich – w tym kierowcę który zginął w wypadku samochodowym. Opowiadał mi o tym były pracownik elektrowni Siergiej, strażak uczestniczący w tamtej akcji ratunkowej. Przy pomniku w Sławutyczu wskazywał twarze przyjaciół którzy odeszli i komentował:
    - Ta kobieta pomagała zdejmować ubrania z poparzonych strażaków uczestniczących w akcji. Przyjęła tak wielką dawkę promieniowania, że zmarła niemal od razu.
Centrum Sławutycza
   Ubrania te zresztą dalej są w podziemiach szpitala w Prypeci – i będą jeszcze długo. Promieniowanie zabija wszystkie drobnoustroje które mogłyby rozłożyć materiał. No chyba, że je ktoś zabierze. Organizator wyjazdu opowiadał nam, jak to pewnego razu dwóch uczestników wzięło sobie na pamiątkę takie ubrania. Oczywiście, zostali zatrzymani na granicy – informacja dla podróżnych: na granicach państwowych przejeżdżacie przez bramki dozymetryczne, wykrywające promieniowanie radioaktywne (ma to zapobiec chociażby przemytowi materiałów rozszczepialnych). Trudno skomentować to zachowanie. To znaczy mógłbym, ale przecież na bloga może zajrzeć jakiś nieletni, a wtedy wyjdzie, że deprawuję młodzież.
   Wracając do tematu – łączna liczba ofiar jest trudna do oszacowania. Nie wiadomo tak naprawdę ile osób zmarło na chorobę popromienną, u ilu rozwinął się nowotwór (głównie tarczycy, która wchłania jod – a po wybuchu sporo w powietrzu było radioaktywnego izotopu tego pierwiastka), ilu ludzi odczuło skutki wybuchu w psychice (samobójstwo, alkoholizm). I, zapewne, nigdy poznana nie będzie.
Panorama
   Jedno co jest pewne – zagrożenie okazało się mniejsze niż na początku sądzono. Dużo mniejsze. Dziś można postrzegać ewakuację Prypeci jako nadmierną ostrożność – wtedy nie wiedziano tego (oczywiście są miejsca, gdzie skażenie jest wysokie – chwytak, którym ściągano z dachu elementy konstrukcji reaktora, ubrania w szpitalu, ów słynny Czerwony Las, oficjalnie zneutralizowany, zaorany i nieistniejący; widziałem te drzewa – z bezpiecznej odległości, czyli z daleka). Podobnie akcja podawania płynu Lugola dzieciom w PRL-u też uważana jest za akcję na wyrost, która w niczym nie pomogła. Ważne, że nie zaszkodziła. Mimo tego elektrownie jądrowe nadal budzą irracjonalny lęk w naszym społeczeństwie. Może kiedyś się to zmieni, zobaczymy.
Chwytak
   Ale wracajmy do tajemnic. Okazało się, że nie całe miasto zostało wysiedlone. Co najmniej do roku 1991 działała w Prypeci fabryka Jupiter – zakład produkujący radioodbiorniki. Konia z rzędem temu, kto widział kiedykolwiek radio tej marki. Myśmy w środku nie znaleźli. Nie zeszliśmy też do podziemi fabryki. Raz, że zalane, dwa – jest tam wysokie promieniowanie. Bardzo możliwe, że był to zakład wzbogacania uranu na potrzeby wojska. Bardzo, bardzo możliwe. Swoją drogą pierwsza radziecka bomba powstała z uranu wydobytego w dolnośląskich Kowarach. Taka tam, ciekawostka i polski wątek.
Fabryka Jupiter
  Kilka kilometrów od elektrowni leży – a właściwie stoi – niezwykle ciekawa konstrukcja. Oficjalnie – oczywiście – był to obóz Pionierów (czyli masowego, radzieckiego harcerstwa – zabawa polegała na indoktrynowaniu dzieciaków od małego; jak mawiał twórca behawioryzmu John Watson: "dajcie mi dziecko, a zrobię z niego kogo będę chciał"; każdy socjalizm stosuje się do tej zasady, czy sowiecki, czy nazistowski – mistrzami są jednak Kimowie z KRLD). Ale pioniera z rzędem temu, kto kiedyś zobaczył tu bawiące się dzieci. Naprawdę jest to niewielkie miasteczko, Czarnobyl-2, w którym mieszkała obsługa owej konstrukcji: radzieckiego radaru pozahoryzontalnego Duga-2 (oznaczenie RŁU-1). Zwanego też Okiem Moskwy. Miało to służyć do wykrywania nadlatujących balistycznych pocisków amerykańskich – oraz Bóg wie do czego jeszcze.
Oko Moskwy
  Ciekawe, czy umiejscowienie tego radaru koło elektrowni atomowej jest tylko-li przypadkiem? Czy może elektrownia miała za zadanie być tarczą dla radaru? Po katastrofie czarnobylskiej okazało się jednak, że promieniowanie radioaktywne zakłóca pracę radaru i odtąd cała konstrukcja stoi nieużywana.
  Po awarii zastanawiano się także, jak wielki będzie wpływ zanieczyszczeń na życie i zdrowie człowieka. Reaktory typu RBMK były chłodzone wodą – i również ta część miejscowego ekosystemu została skażona. Co prawda w okolicznych zbiornikach żyją ryby (tak wielkie i liczne, że każdy wędkarz popłakałby się ze szczęścia), ale ja odradzam ich spożywanie (dobra, jadłem u samosiołów rybę, ale odłowioną z rzeki, czyli większość zanieczyszczeń już dawno spłynęła do Morza Czarnego i dalej, do Wszechoceanu – a przynajmniej tak to sobie tłumaczę; zanieczyszczenia lubią kumulować się na przykład w mule rzecznym). Mogą być skażone. To znaczy, na pewno są. Na przełomie lat 80-tych i 90-tych zeszłego stulecia założono w okolicy eksperymentalną fermę norek. Zwierzęta karmiono miejscowymi rybami – okazało się, że w ich ciałach (norek, znaczy się) odkładają się radioaktywne zanieczyszczenia – założono, że podobnie kumulowałyby się w organizmie człowieczym (po to między innymi, o czym już pisałem, co jakiś czas bada się babuszki-samosiółki). Jednak – uwaga – okazało się, że radioaktywne nie są skórki owych norek. Więc robiono z nich futra. Ciekawe, czy takie wcale-nie-radioaktywne-skądże futro byłoby odporne na mole?
Samosioły
Eksperymentalna ferma norek
   Z ciekawostek zony pozostają jeszcze dwa nieukończone bloki elektrowni: 5 i 6. Te miały być już innego typu, chłodzone powietrzem. Po tym drugim zostały tylko fundamenty, ale blok nr 5 jest ukończony w jakichś 95%. Właściwie wystarczyłoby dowieźć pręty paliwowe, i mamy działający reaktor. Przynajmniej kiedyś – dziś to już nie. Oczywiście wejście na teren Piątki jest zakazane, dlatego nasz organizator musiał zająć czymś ochronę. Taka konwencja. Potem tylko był lekko nieswój:
    - Pozwolicie – powiedział – że przez chwilę będę mówił trochę mniej.
  Pozwoliliśmy, doskonale ową konwencję rozumieliśmy.
Blok nr 5
  Cóż, na pewno Czarnobylska Strefa Wykluczenia jest warta odwiedzenia ale...
  Do niedawna na Zachodzie data 26. kwietnia kojarzyła się głównie z bestialskim nalotem Niemców nazistów na hiszpańską Guernikę (strategia ta, terroryzująca ludność, wymyślona w czasie hiszpańskiej wojny domowej wielokrotnie była stosowana potem we wrześniu 1939 roku – na przykład w Wieluniu; oczywiście, nikt nie został ukarany) – obecnie, po emisji serialu "Czarnobyl" Zachód wie już nieco więcej o tym dniu. Przez co w zonie zrobił się niemiłosierny tłok (epidemia koronowirusa znów ten stan rzeczy zmieniła) – najgorzej wyszli na tym stalkerzy: nie mają już swojego miejsca odosobnienia.
Chłodnia kominowa
  Dodajmy jeszcze do tego, że oficjalnie Czarnobylska Strefa Wykluczenia jest zamknięta dla zwiedzających.
   Tak to działa na Wschodzie.

Najchętniej czytane

Kurhany

     Jadąc drogą krajową numer 12 ze starożytnego Kalisza do Sieradza (albo, jak to się mówi, curyk z powrotem) zbliżając się już do stol...