Tłumacz

7 września 2020

Rogaty Gród cz. 2

  Elias, nasz kierowca podrapał się po głowie. Miał dowieźć nas w okolice preinkaskiej twierdzy Waqrapukara oraz wskazać nam do niej drogę. A tymczasem wyglądało na to, że jego toyota za chwilę na dobre ugrzęźnie w błocie.
  - Dalej to chyba nie pojedziemy – stwierdził Janek, mający czasem tą wspaniałą umiejętność wypowiadania na głos rzeczy oczywistych dla wszystkich (czasem to pomaga, jak w tym wypadku).
  Elias smutnie pokiwał głową. Właściwie to wiedział o tym, ale przecież miał nas dostarczyć w okolice zabytku, a to jeszcze kawałek drogi... Widać było, jak chwilę walczy ze sobą, ale w końcu podjął decyzję. Zamknął auto na klucz i powiedział, bo przecież do niego musiało należeć ostatnie słowo:
  - Dalej nie pojedziemy. Pójdziemy pieszo.
  Trochę się zdziwiliśmy, że nasz przewodnik chce zostawić auto na środku wysokogórskiej łąki, ale wkrótce zdradził nam swój plan:
  - Podprowadzę was kawałek, do rozwidlenia szlaków. Jedna ścieżka będzie wiodła do twierdzy, a druga do Wayqui. Nie można się zgubić. Potem wrócę po auto i pojadę do wioski. Będę tam na was czekał.
  - Ale możemy przyjść wieczorem dopiero – zgłosiliśmy uwagi do tego planu.
  - No tak – Elias wzruszył ramionami – Dlatego poczekam.
Kanion Apurimac

  Tak więc ruszyliśmy. Po niezbyt długim i stromym podejściu łąki i pola skończyły się – zaczął się kanion Apurimac. Przepiękny, przecudowny. Dalsza nasza trasa wiodła właśnie wzdłuż tego cudu natury – nie wiem, czy głębszego w tym miejscu od słynnego kanionu rzeki Colorado; nawet jeżeli – w co wątpię – nie był przepastniejszy, to na pewno był bardziej zielony. Szliśmy i podziwialiśmy. Całe szczęście, że ścieżka była równa – byliśmy na wysokości ponad 4 kilometrów nad poziomem morza, każde podejście powodowałoby, że zamiast chłonąć landszafty dyszelibyśmy jak silnik wartburga.
  - Masz żonę i dzieci? - zapytał Elias; było to standardowe pytanie zadawane przez mieszkańców Ameryki Łacińskiej; Białasy często są tym skonfundowane, że niby to taka zażyłość jakaś, że obcej osoby to nie wypada tak pytać, ale po pierwsze: Latynosi są bardzo bezpośredni i dosłowni, po drugie zaś pokazuje to, co jest ważne dla nich: nie jakaś kariera, wyimaginowana samorealizacja, a rodzina, czy też, powiem jako biolog, sukces biologiczny; myśmy zapomnieli chyba o co tak naprawdę chodzi w życiu.
  - Nie – odparłem zgodnie z prawdą.
  - Jak to? - zdziwił się Latynos – Masz już tyle lat i nie masz jeszcze?
  - No, tak wyszło...
  - Ojoj – stwierdził i zabrzmiało to tak, jakby próbował mnie pocieszyć; może faktycznie tak było.
  Sam, co zdradził chwile później, miał dwadzieścia pięć lat i jeszcze nie miał dzieci ale – tu uśmiechnął się znacząco – mocno się o nie stara. Swoją drogą rozmowa o rodzinie jest chyba ciekawsza niż niezwykle popularne nasze smoltoki (z angielskiego small talk, oczywiście), czyli gadki o niczym (albo ja po prostu nie umiem gadać o niczym – byłem kiedyś świadkiem piętnastominutowej konwersacji kilkorga pań: przez ten czas nie wymieniły między sobą żadnej – żadnej – informacji; ot, różnice płci). Dalszą rozmowę przerwało nam pojawienie się na ścieżce byka. To znaczy samca krowy. Można – samca od samicy – odróżnić licząc wymiona. Jeśli są cztery, to jest to krowa. Jeśli jedno, to prawdopodobnie nie jest to wymię. Ten byk miał poza tym pokaźne rogi. Miałem kiedyś okazję uciekać już przed osobnikiem tego gatunku – rzecz działa się w Sudetach (a niektórzy jeżdżą po to do baskijskiej Pampeluny, ha!), ale było kilka różnic pomiędzy tamtą – a tą – sytuacją. Wtedy był to młody, naładowany testosteronem zły byczek – teraz było to dostojne, potężne zwierzę (ciekawe, czy miało więcej testosteronu? Swoją drogą jądra byka traktowane są jako afrodyzjak, ba, ich spożycie zwiększa nie tylko chęć, ale i moc) – a ja byłem z kolei młody i... Nieważne. Onegdaj było też gdzie uciekać – a tu z jednej strony kanion Apurimac, z drugiej zaś pionowa skalna ściana.
Kanion Apurimac
  - Byk – stwierdziłem, ponieważ ja również czasem mówię rzeczy oczywiste.
  - Aha – odparł Elias i podniósł z ziemi kamień.
  Zanim zapytałem się co chce zrobić wziął zamach i trafił byka prosto w wystający róg. Przez głowę przebiegła mi myśl: no, to teraz zwierzaka dopiero rozsierdził. Ale nie. Byk spojrzał na nas wielce zdziwiony – widać rzadko kogoś tu spotykał.
  - Sio! - krzyknął Elias i schylił się po następny kamień.
  Przy trzecim pocisku (ale tylko pierwszy tak wspaniale zadźwięczał o byczy róg – ha, w końcu zbliżaliśmy się do Rogatej Fortecy) zwierz odwrócił się i sobie poszedł. Kiedy tylko pojawiła się taka możliwość zszedł ze ścieżki na położone ciut niżej zbocza i stamtąd, z bezpiecznej odległości (bezpiecznej dla nas, oczywiście), obserwował spode łba bandę nachodźców. Wkrótce też pożegnaliśmy się z Eliasem – mieliśmy nadzieję, że nie na zawsze, że będzie czekał na nas we wsi – i ruszyliśmy dalej.
  Po drodze spotkaliśmy jeszcze kilku przedstawicieli rodziny Bovidae – ale nie zwracały na nas uwagi – pasły się spokojnie na zboczach kanionu. Oczywiście, nie były to dzikie krowy. Gdzieś w odległych wioskach byli ich właściciele, ale one chodziły sobie samopas. Fachowo nazywa się to ekstensywny chów bydła – i wbrew obiegowym opiniom występuje także w Europie, choć oczywiście nie tak często jak kiedyś.
  Krowom towarzyszył też łubin oraz spalone pnie rachitycznych na tej wysokości drzewek – jak nam wyjaśnił zanim się rozstaliśmy Elias – niedawno był tu pożar. Po pogorzeliskach wędrowałem w kilku częściach Świata – i jako biolog nie mam nic przeciwko pożarom. Owszem, na krótką metę przynoszą straty, ale raczej gospodarce ludzkiej niż środowisku. Nieraz ogień jest niezbędny dla funkcjonowania danych ekosystemów i bez pożarów (czasem wywoływanych też przez Człowieka, będącego częścią ekosystemu) dane środowisko nie mogłoby funkcjonować, ale wchodzimy tu w zawiłości niezwykle trudnej nauki jaką jest ekologia (z racji tego, że jest skomplikowana nic o niej nie wiedzą tzw. "ekolodzy", kojarzycie, ci, którzy – raczej nie za darmo – przykuwają się do drzew i inne takie). A na to nie ma tu miejsca, bo trzeba podziwiać kanion Apurimac.
Kanion Apurimac
  Wzdłuż którego wędrowaliśmy w palącym słońcu andyjskiego dnia, aż natknęliśmy się na niezwykły w swoim kształcie kamień...
Rzeźba
  Znak, że niechybnie zbliżaliśmy się do końca naszej wyprawy (sensu stricte: do połowy wyprawy – wyprawa polega na tym, o czym doskonale wiedzą Hobbici, że trzeba iść "tam i z powrotem"; "w te i na zad"). Niedługo – w następnej części 11.09.2020 (data znana w USA) – mieliśmy w końcu ujrzeć Waqrapukarę, Rogaty Gród.

4 września 2020

Rogaty Gród cz. 1

Waqrapukara
  W ostatnim wpisie było między innymi o Tupacu Amaru II, czyli Jose Gabrielu Conqcondori y Noguera, peruwiańskim szlachcicu, potomku rodu panującego w Tahuantinsuyu (tak po prawdzie to bardziej było o jego potomkach, których los zagnał do zamku Dunajec w Niedzicy, ale co tam) i pierwszemu przywódcy największego – i zarazem ostatniego – antyhiszpańskiego zrywu Inków.
  Powstanie to wybuchło Roku Pańskiego 1780 i było – jakby dziwnie to nie zabrzmiało – domniemanymi słowami Manco Inki, bratu słynnego Atahualpy i władcy Imperium (czy też może Królestwa Vilcabamby, ostatniego inkaskiego państwa). O tzw. Testamencie Manco Inki już wspominałem – jak to kazał swoim podwładnym zachować wiedzę i kulturę (brzmi to jak postulaty pracy organicznej XIX-wiecznych polskich myślicieli) oraz – o czym nie pisałem – zapowiedział odrodzenie, powrót Imperium.
  W sumie nic w tym dziwnego – Świat, wedle prekolumbijskich wierzeń – toczy się. Jest cykliczny, nie jak u nas – liniowy. Logicznym było, że skoro Imperium nie istniało, potem zaistniało, zniknęło – to przecież powróci. A skoro Hiszpanie (i w sumie postinkaska szlachta Peru też, ale takie stwierdzenie zakłóca proste, ludowe myślenie; Człowiek woli uważać, że Świat jest czarno-biały, jasny, każda informacja wywołująca zachwianie prostego obrazu powoduje niepokój i jest tępiona z zawrotną siłą – wystarczy przyjrzeć się chociażby niektórym aspektom dyskursu politycznego we współczesnej Polsce żeby stwierdzić, że to prawda – ma być jasno i prosto) wyzyskiwali Indian to czasy panowania Inków jawiły się jako mityczny "Złoty Wiek". A skoro wszystko toczy kołem – czasy szczęśliwości powrócą – wraz z Inką.
Inkowie
  Czy była to jedna z motywacji Tupaca Amaru II? W końcu przybrał imię ostatniego Sapa Inki... Sam będąc – jakby to powiedzieli marksiści – przedstawicielem klasy wyzyskiwaczy nie powinien być jakoś żywotnie zainteresowany powrotem owego mitycznego Złotego Wieku. A jednak – został andyjskim Kuklińskim i rozpoczął nierówną walkę przeciwko Imperium Hiszpańskiemu. Po roku został pojmany i skazany na rozerwanie końmi na kuzkańskim rynku – w tym samym mniej więcej miejscu, w którym dekapitowano Tupaca Amaru I. Rącze rumaki mające dokonać egzekucji okazały się jednak marnymi chabetami i inkaskiego przywódcę trzeba było konwencjonalnie poszatkować. Przyczyniło się to oczywiście do wzrostu popularności legendy señora Conncondori. Powstanie trwało jeszcze kilka lat (do 1783 roku) i jednym z jego efektów (poza zwiększeniem niedoli Indian) było zburzenie przez Hiszpanów twierdzy w Saqsaywaman – pozostały tylko cyklopowe mury, nijak nie chcące dać się zniszczyć, a według Inków będące dziełem ludów zamieszkujących Andy na długo przed powstaniem Tahuantinsuyu (według nieocenionego AAS budowniczymi byli oczywiście Kosmici – samo Saqsaywaman to naprawdę tajemnicze miejsce, może warto by o tym napisać coś).
Rynek w Cuzco
      Inkowie bowiem nie budowali swojego państwa na tzw. surowym korzeniu. Wręcz przeciwnie – historia cywilizacji w Peru ma wiele tysięcy lat (o czym już pisałem) – i toczyła się, hm, cyklami.
  Preinkaskich śladów jest w Peru bardzo dużo, oprócz wspomnianego już przeze mnie jakiś czas temu stanowiska w Kotosh spotkałem i kilka innych, jak chociażby (dziś boliwijskie) słynne Tiwanaku nad Jeziorem Titicaca – miejsce ważne, znane oraz będące na celowniku wielu zwolenników teorii spiskowych (też mu się wpis należy, a co) – ale udało się dotrzeć także do tych mniej znanych.
Titicaca
  Właśnie wyprawa do jednego z takich miejsc sprowokowała mnie do napisania tego przydługiego wstępu o Tupacu Amaru II, bowiem nasz przewodnik, zwykły Indianin, uzmysłowił nam, że postać ta jest do dziś żywa – myślę, że miejscowi dalej wierzą w powrót Imperium Inków.
  Naszym celem była Waqrapukara – w tłumaczeniu na polski: Helmowy Jar Rogata Forteca. Była to preinkaska twierdza – czy też może ośrodek kultowy – jakiś czas temu odkryta i niezbyt znana. Może dlatego, że do najbliższych wiosek było kilka kilometrów po wysokogórskich bezdrożach (większość trasy biegła na wysokości ponad 4000 metrów)? Zapewne. Bogaty turysta z Zachodu raczej nie będzie się przemęczał, a nowoczesny (instagramowy) backpacker będzie wolał albo szwendanie się po Cuzco albo Inca Trail wiodący do Machu Picchu. Poza tym Ollantaytambo (miejsce śmierci Manco Inki, tak przy okazji) czy Pisaq nie dość, że łatwiej dostępne, to jeszcze mają turystyczną infrastrukturę. Wioska Wayqui, położona najbliżej antycznych ruin jest za to niewielką osadą zbudowaną głównie z adobe, suszonej cegły.
  Znaczyło to, że nie grozi nam w Waqrapukara tłum turystów. Wspaniała informacja! Ponieważ bilans zawsze musi wyjść na zero okazało się, że skoro nikt tam nie jeździ, to znaczy, że... Nikt tam nie jeździ. Dostać się w pobliże – nawet transportem zorganizowanym (albo zdezorganizowanym – pisałem kiedyś jak jechaliśmy ciężarówką razem z końmi) nie sposób. Owszem – mówiono kiedy pytaliśmy się w kuzkańskich agencjach – wiemy gdzie to mniej więcej jest, ale jechać tam? Eeee...
  Za którymś razem uśmiechnęło się jednak do nas szczęście. Okazało się, że jeden z pracowników – kierowca – którejś z agencji turystycznych pochodził właśnie z okolic Waqrapukary. I nawet wiedział gdzie owe ruiny się znajdują – oraz jak tam dotrzeć. Wsiedliśmy więc do delikatnie zdezelowanej toyoty i ruszyliśmy. Podróż nie była przesadnie długa – i dobrze. Oprócz bowiem kierującego Eliasa do autka musiało wejść trzech potężnej postury Białasów i jedna Białaska (postury już normalnej, ale wzrostu powodującego niezwykle zawistne spojrzenia filigranowych mieszkanek Cuzco) – było więc całkiem tłoczno.
  Kiedy dojechaliśmy niemal na miejsce – nad ogromny kanion rzeki Apurimac i zatrzymaliśmy się w punkcie widokowym Elias wskazał leżące poniżej miasteczko (jeśli mnie pamięć nie myli było to Acomayo):
  - Stąd pochodziła Rosa Noguera – powiedział z dumą – Matka Tupaca Amaru.
  A przecież on pochodził też z tych okolic – więc tak jak by splendor tego wielkiego inkaskiego powstańca spływał i w jakiejś części na niego. Może zresztą w skrytości ducha oczekiwał nadejścia Złotego Wieku – i wypędzenia Hiszpanów.
Widok na Acomayo
  My w 87,5 procentach co prawda miejscowymi nie byliśmy, lecz chyba by nas nie wypędzali – zresztą nie miało to znaczenia. Elias z powrotem zaprosił nas do wozu i ruszyliśmy. Chciał nas dowieźć jak najbliżej ruin – odezwała się w nim widać ta jakże latynoska cecha: "machoizm": dojedź, albo zgiń próbując. Andyjskie łąki (można by powiedzieć: hale, choć zamiast owiec były konie i lamy) okazały się jednak przeszkodą nie do pokonania dla eliasowej toyoty (samochodem terenowym też byśmy zresztą dużo dalej nie dojechali; jak mawia mój znajomy - im lepszy masz samochód tym dłużej musisz iść po traktor) – skutki niedawno zakończonej pory deszczowej sprawiły, że co i rusz musieliśmy wysiadać, by auto mogło ujechać tych kilka następnych metrów.
  W końcu ścieżka stała się na tyle grząska, że zagroziło to totalnym utknięciem – a wtedy trzeba by było wracać kilka kilometrów do jakichś gospodarstw pożyczyć konie mogące wydobyć pojazd z błota (cytowałem znajomego, nie?). Elias lekko się zafrasował – ale skoro miał nam pokazać jak dotrzeć do Waqrapukara (duma i honor Latynosa – na dodatek niemal spokrewnionego z matką Tupaca Amaru II) to finalnie wpadł na pewien pomysł...
  Jaki? O tym w drugiej części wpisu (07.09.2020). A potem w trzeciej (11.09.2020).

31 sierpnia 2020

Polscy Inkowie

   Przez wieki górska rzeka Dunajec tworzyła granicę pomiędzy dwoma potęgami wyrosłymi – i obecnie nieco przytłumionymi – w tej części Świata: Królestwem Węgier i Rzecząpospolitą. Co prawda utarło się przysłowie: Polak, Węgier – dwa bratanki, i do szabli i do szklanki (lub: Lengyel, magyar – két jó barát, együtt harcol, s issza borát) ale na przestrzeni wieków stosunki między oboma mocarstwami (a potem nie) bywały różne. I to mimo częstych w Średniowieczu unii personalnych (częstych, nie częstych, ale mieliśmy wspólnych władców, czy to pośród francuskich Andegawenów, czy litewskich Jagiellonów). W każdym razie – był Dunajec granicą państwową, a przy okazji także ważnym szlakiem handlowym (wino, sukno, sólet cetera; handel zawsze był zajęciem intratnym). Do ochrony – zarówno pogranicza, jak i dukatodajnego traktu – wybudowano po obu stronach rzeki liczne zamki. Jako, że rzeka wpływała w głąb Rzeczypospolitej logiczne jest, że więcej tych obronnych budowli było po stronie polskiej – ale miejscem akcji będzie zamek w swych korzeniach węgierski – choć dziś znajduje się w Polsce.
Jezioro Czorsztyńskie
  Obecnie zamek Dunajec w Niedzicy, bo o nim mowa, przegląda się w tafli sztucznego zbiornika wodnego – i dodaje mu to wiele uroku (sam zbiornik do użytku oddany został – przy protestach tzw. ekologów – w roku 1997, chwilę przed Powodzią Tysiąclecia; uratował sporą liczbę istnień ludzkich przed Wielką Wodą a przy okazji został kolejną atrakcją turystyczną regionu). Kiedyś jednak górował nad doliną rzeki i wraz z polskim (choć związanym z węgierską księżniczką św. Kingą, tą od soli) zamkiem w Czorsztynie (dziś to ruiny – malownicze, owszem, ale jednak przegrywają z Niedzicą; chociaż na starych, kamiennych murach rośnie bardzo ciekawa flora) stanowił wspaniały punkt obserwacyjny.
Zamek w Czorsztynie
  Co jednak średniowieczna środkowoeuropejska warownia ma wspólnego z tytułowymi Inkami? Okazuje się, że całkiem sporo. No, może trochę ubarwiam. Ale może nie.
  Ad rem. Rzecz dzieje się w XVI wieku. Na Węgrzech dość gwałtownie wygasa (pod Mohaczem) miejscowa gałąź dynastii Jagiellonów i władzę przejmują tam Habsburgowie. Ci sami, którzy w innej części Świata patronują konkwiście – czyli podbojowi Ameryk. Hernando Cortez zajmuje Meksyk, a jego kuzyn, Franciszek Pizzaro ląduje w dzisiejszym Peru i opanowuje przeogromne Tahuantinsuyu, inkaskie Imperium Czterech Części. Na ile pomógł mu przypadek, czy też łut szczęścia – nie jest to tematem tego wpisu. W każdym razie: Inkowie zostają pokonani, a Hiszpanie oczarowani olbrzymimi ilościami złota, jakie znajdują w indiańskich świątyniach (zachował się na przykład opis Qoriqanchy – centrum kultowego w Qusqu, stolicy imperium; nawet dziś robi wrażenie). Pizzaro wymusza od Inków okup – olbrzymi – za Atahualpę, władcę państwa (finalnie Sapa Inka ginie w dość niejasnych okolicznościach), potem jednak złoto przestaje płynąć szerokim strumieniem do kies konkwistadorów. Zachodzi podejrzenie, że Inkowie schowali gdzieś swoje skarby – tak dokładnie, że do dziś ich nie znaleziono.
Cuzco
  Sami Inkowie – czy też może ich arystokracja – przyjmuje chrześcijaństwo, zakłada barokowe szaty i stapia się z przybyłą z Półwyspu Iberyjskiego szlachtą w warstwę rządzącą nowo ustanowionym Wicekrólestwem Peru. Jeden z potomków panującego do tej pory rodu, Inca Garcilaso de la Vega, na początku XVII wieku spisuje kronikę, najważniejszy dokument tamtych "ciekawych czasów". Inni przedstawiciele dynastii Inków walczą z Hiszpanami aż do całkowitej porażki w roku 1783 (czyli przez jakieś 250 lat po konkwiście). Właśnie w czasie tego ostatniego powstania inkaskiego zaczyna się klarować historia Indian w Niedzicy. Oto córka inkaskiego rodu oraz galicyjskiego emigranta Sebastiana Benesza wychodzi za mąż za brata słynnego Tupaca Amaru II, zamordowanego w 1781 roku inicjatora indiańskiego powstania i także – prawdopodobnie – potomka królewskiego ludu (Tupac Amaru II do dziś cieszy się poważaniem wśród mieszkańców Andów; któregoś razu, w drodze na preinkaskie ruiny, podziwialiśmy panoramę tych niebotycznych gór i leżące daleko w dole miasteczko, gdy nasz kierowca i przewodnik z pewną dumą, jako, że pochodził z tych okolic, powiedział: "z tego miasteczka pochodziła Rosa Noguera, matka Tupaca Amaru"). Umina, bo tak ma dziewczę na imię, razem z ojcem, mężem i synem Antonio (tak jest dramatyczniej, choć prawdopodobnie potomek przyszedł na świat już w Europie) ucieka do Włoch. Plotka głosi, że owa niewiasta zabiera ze sobą pęk kipu – czyli prekolumbijskiego pisma węzełkowego – z informacjami dotyczącymi lokalizacji inkaskich skarbów oraz/lub odrobinę owych precjozów.
Inkowie po konkwiście
  Znaczy się: jest łakomym kąskiem dla żądnych złota Hiszpanów i zagrożeniem dla Inków, pragnących ukryć i zachować swoje dziedzictwo. Kilkanaście lat później prześladowcy wpadają na trop uciekinierów i w Wenecji ktoś morduje męża Uminy. Chłop zasztyletowany kończy w jednym z kanałów i znika z areny dziejów tak dokładnie, że dziś nie wiadomo nawet jak miał na imię. Legenda mówi, że zbrodni dokonali Hiszpanie, chcący raz na zawsze pozbyć się rodu władców Inków, ale kto wie jakie były (i czyje) prawdziwe zamiary.
Wenecja
  Księżniczka musi się ukryć – wraz z ojcem ucieka więc na koniec świata – w Karpaty, na dawne (bo to już po zaborach) pogranicze polsko-węgierskie. Pobliskie Pieniny nie są oczywiście Andami pośród których rozkwitło Tahuantinsuyu, ale są całkiem malownicze. Przepiękna sceneria dla ostatniego aktu dramatu: prześladowcy nawet tu dosięgają inkaską księżniczkę. Czy są to Hiszpanie, czy komando indiańskich partyzantów? To już nieistotne. Kobieta zostaje zamordowana, jej syn znika – podobnie zresztą jak domniemany skarb i/lub kipu.
Zamek w Niedzicy
  I sprawa właściwie powinna się zakończyć.
  Ale nie. Syn Uminy, Antonio Condorcanqui – jak nazywał się do tej pory potomek Inków – staje się Antonem Beneszem, adoptowanym synem Wacława Benesza z Moraw, dalekiego krewnego księżniczki (taki sprytny manewr jego dziada, Sebastiana w celu ochrony wnuka; legenda wprowadza tu emisariuszy tajemniczej rady Inków, organu d/s ochrony inkaskich tajemnic; podobno zaaprobowali działania dziadka Sebastiana).
  Mająca węgierskie korzenie rodzina Beneszów zna tą opowieść. I kiedy Najlepsza z Możliwych Władz, Władza Sowiecka, rozpoczyna okupację Polski (od 1920 roku zamek w Niedzicy leży na terenie Rzeczypospolitej) młody socjalistyczny działacz, potomek tej morawsko-węgierskiej rodziny przybywa do warowni w 1946 roku i spod kamiennych schodów wydobywa... kipu. Elegancko opakowane w szkatułkę z napisem "Dunajecz, Vigo, Titicaca". Brzmi to niewiarygodnie – w Internetach nie takie rzeczy się wypisuje, ale pytam o to znajomą pochodzącą właśnie z tamtych rejonów. Dziewczyna przyznaje:
  - To dość tajemnicza sprawa, ale rzeczywiście: na zamku było indiańskie kipu. Leżało ukryte pod kamiennymi schodkami. Mój dziadek je widział.
Titicaca
  Niestety, po indiańskich węzełkach wszelki słuch ginie. Andrzej Benesz zostaje prominentnym przedstawicielem władz okupacyjnych, ba, jako wicemarszałek Sejmu PRL jest właściwie nietykalny. Więc i kipu także. W roku 1976 ginie w wypadku – ktoś mógłby powiedzieć, że w tajemniczym, ktoś inny, że po prostu nie miał szczęścia. A kipu znika.
Kipu
  Klasyczny zwolennik teorii spiskowej – tu opuszczamy bowiem "fakty"; historia się skończyła na tą chwilę – powie: to nie był przypadek. Ktoś albo chciał przejąć owo kipu dla siebie, albo wręcz przeciwnie – pragnął, żeby zniknęło na zawsze. Czyli z jednej strony rządni skarbów "konkwistadorzy" (może Władza Ludowa?) a z drugiej... Inkowie? Potomkowie owego hipotetycznego komanda uciszającego ową księżniczkę – renegatkę? Świetny pomysł na książkę (ba, nawet niejaki pan Rowiński popełnił coś na kształt) – byleby tylko Dan Brown się o tym nie dowiedział, bo podejrzewam, że jest w stanie skiepścić nawet tak sensacyjną i wspaniałą historię. Ma chłop dar.
  Wracając do kipu, Niedzicy i spisków. Czy Beneszowie – skoro wiedzieli o artefakcie – znali kogoś, kto mógłby, kto byłby w stanie z indiańskich węzełków wyciągnąć jakąś informację? Byłaby to niezła sensacja, kipu jest do dziś nie odczytane. A może, abstrahując od zawartości inkaskiej wiadomości, wiedzieli o miejscu ukrycia prekolumbijskiego skarbu? Złota? Jeśli tak – czy zdążyli wydobyć precjoza – oni albo ktoś inny? A może...
  Mimo sporego sprzeciwu społecznego przeforsowano decyzję o budowie tamy na Dunajcu. Czy tylko dlatego, żeby stworzyć zbiornik retencyjny i niewielką elektrownię? A może dlatego, żeby uniemożliwić dostanie się do inkaskiego skarbu. Bo może to nie jest złoto, a jakaś tajemna wiedza?
  Mulder i Scully tego nie rozwiążą.
  Ale musicie przyznać, że to dobra teoria.
  Do Niedzicy nie jest daleko, polecam się przejechać. Tuż obok zamku i tamy znajduje się – w końcu to miejsce turystyczne – niewielki bazar z chińszczyzną, ale – niestety – nie ma tam pluszowych Inków ani kipu z napisem Niedzica. A szkoda. Pod rumuńskim (obecnie, kiedyś węgierskim) zamkiem Bran na pęczki jest pluszowych nietoperzy, symboli Drakuli, mimo, że Wład Palownik nigdy tam nie był. A u nas kipu było.

28 sierpnia 2020

Patallaqta - tajemnica Machu Picchu

Inkaskie pola tarasowe
   Rozsiedliśmy się wygodnie na przystrzyżonej przez lamy trawie na ruinach miasta zwanego onegdaj Patallaqta - Miasto Schodów - a nasz przewodnik Juan zaczął snuć swoją opowieść.
Kosiarka
   - Po śmierci Atahualpy (Inca Sapa, władca inkaskiego imperium – żeby nie robić za dużo didaskaliów na sam koniec zrobię krótkie who-is-who) konkwistadorzy pod wodzą Francisco Pizzaro wybrali na władcę jego młodszego brata, Manco Inkę. I nadal domagali się złota i srebra, mniemając, że Inkowie pochowali gdzieś resztę przeogromnych skarbów imperium. Ha! Mieli rację! Do dziś zresztą nie odnaleziono większości naszego złota – w końcu Juan miał, co było widać, indiańskie korzenie, więc w sumie złoto było jego, albo, mówiąc dokładniej, jego równie niewysokich i czarnowłosych przodków – Manco Inca początkowo próbował współpracować z Hiszpanami, ale okazało się to niemożliwe. Konkwistadorzy tak pragnęli złota, że jakakolwiek dyskusja ich nie interesowała. Kiedy zaczęli przetapiać na proste sztaby bezcenne działa inkaskich złotników władca podjął decyzję o walce z najeźdźcą. Indianie walczyli dzielnie, ale niestety ulegli. Oblężony w Ollantaytambo Manco Inca widząc beznadzieję dalszego oporu oraz cierpienia, jakie spadają na jego lud podjął kolejną decyzję, jedyną słuszną w tym momencie. Należało zapobiec eksterminacji ludu oraz ochronić kulturę Inków.
Patallaqta aka Machu Picchu
  Cicerone zawiesił głos. Za chwilę miał nam powiedzieć, cóż za wiekopomną decyzję podjął ów syn Huayana Capaca, niezwykle wybitnego władcy, prawnuk Pachaquteca, twórcy imperium. Na razie rozejrzał się i wskazał ręką na znajdujące się pod nami ruiny. Akurat rozwiewały się chmury i górujący nad dawnym
inkaskim miastem Wayna Picchu został wspaniale oświetlony promieniami tak czczonego w całych Andach Słońca – Inti. W dolinie rzeki Urubamby nadal zalegały mgły więc Machu Picchu – jak dziś zwą się te ruiny – jawiło się niczym tajemnicza wyspa pośród andyjskich szczytów.
Pachacutec - twórca imperium
  - Manco Inca – kontynuował – tuż przed śmiercią ogłosił swój manifest tzw. Testament Manco Inki: Inkowie muszą zachować swoją wiedzę i kulturę, i nie może ona dostać się ręce najeźdźców. Wysłał ostatnich chasqich, gońców, do odległych krańców imperium, żeby przekazali ostatnie kipu naczelnikom wiosek i dowódcom. Potem wieść rozchodziła się pocztą pantoflową: mamy chronić kulturę i trwać, aż nadejdzie dzień, gdy powstaniemy i odbudujemy królestwo. Goniec dotarł także tutaj – do miejsca zwanego dziś Machu Picchu. Było to, musicie wiedzieć, miejsce szczególne. Mianowicie: inkaski uniwersytet. Tutaj przechowywano najbardziej uczone księgi, przyszli zarządcy zdobywali wiedzę jak poprawnie dowodzić potężnym imperium. Historycy zgłębiali i przekazywali dalej dzieje naszego ludu a astrolodzy przepowiadali przyszłość. Cała ta bezcenna mądrość – wiedział o tym Manco Inca – przepadnie, kiedy wpadną tu w poszukiwaniu złota Hiszpanie. Kiedy w ruinach świątyń Machu Picchu powstanie klasztor dominikanów nasza wiedza, wiedza Inków, przepadnie na zawsze. Mieszkańcy miasta, szlachetnie urodzeni Orejones (Uszaści – Hiszpanie nazwali tak inkaską szlachtę w związku z deformowaniem uszu przy pomocy kolczyków czy może raczej tzw. "tuneli") usłuchali króla. Spakowali swój dobytek i opuścili miasto. Kiedy ostatni naukowcy przeszli przez wiszące mosty strażnicy wzięli do rąk obsydianowe topory i zrąbali grube jak męskie ramię liny. Miasto – uniwersytet zostało odcięte od świata. I zapomniane. Hiszpanie nie dostali inkaskiej wiedzy.
Inkaskie drogi
  Nasz przewodnik mówił z wielką pasją – ale teza o mieście – uniwersytecie nie do końca daje się obronić. No, chyba, że inkascy naukowcy posłuchali Manco Inki tak bardzo, że owa tajemna wiedza pozostała ukryta aż do dzisiaj (tak jak umiejętność odczytywania kipu). Zresztą Machu Picchu nigdy nie zostało zapomniane do końca – jeszcze w XIX wieku mieszkało tu kilkoro rolników uprawiających tarasowe pola dziś "wykaszane" tylko przez lamy (no, chyba, że byli to ostatni strażnicy miasta, eh). Hiram Birgham III, urodzony na Hawajach potomek protestanckich misjonarzy, odkrył ruiny tylko dla świata Zachodu. I właściwie do dziś nie wiadomo, co w nich znalazł.

  - Nigdy nie opublikowano zawartości tych 40 skrzyń, które Birgham wywiózł stąd na mułach – mówił Juan – Sam Amerykanin twierdził, że były to tylko nieistotne fragmenty ceramiki, ale na początku XXI wieku w wyniku prac archeologicznych znaleziono srebrny wisiorek z czasów prekolumbijskich. Czyli w Machu Picchu mógł być także schowany fragment skarbu Inków. Miasto było niedostępne, więc mogło też robić za królewski skarbiec.
  Do skarbu Inków jeszcze wrócę – jak nie w tym wpisie, to w następnym – ale nasz przewodnik wysnuł właśnie kolejną hipotezę dotyczącą dawnej funkcji miasta: królewski skarbiec. Cóż, miasto rzeczywiście jest trudno dostępne, ale ma to związek nie tylko z obronnością, ale i z klimatem. Andyjskie rzeki, o czym sam nam powiedział, potrafią być bardzo niebezpieczne – kilka lat temu powódź zniszczyła część leżącego u podnóża góry osiedla Augas Caliente – dlatego Inkowie budowali w miejscach niedostępnych.
Sadzawki wróżebne
   Skoro więc raczej nie uniwersytet (choć miejsca do obserwacji
słońca i wróżenia z gwiazd są) i nie skarbiec (oczywiście nie można wykluczyć obu tych funkcji, o nie) to co?
   Ano nie wiadomo. Obrazowa wizja Juana jest tylko jedną z wielu. Żeby jednak coś powiedzieć o funkcji wypadało by chociażby wiedzieć kiedy miasto powstało. Otóż – prawdopodobnie za panowania Huayana Capaca (lub jego dziada, Pachacutiego). Ale istnieje hipoteza, że jest dużo wcześniejsze. Kamieni datować metodą węgla C-14 się nie da. A uznawane za najstarsze fragmenty świątyń zbudowane są z kamieni dużo dokładniej obrobionych niż budowle uznane za późniejsze (to oczywiście daje pole do popisu dla zwolenników teorii starożytnych Astronautów czy dawnej, zaawansowanej cywilizacji Atlantów, której zdobycze żeśmy zaprzepaścili; Ameryka Południowa też jest uważana za Atlantydę, acz w niewielkich tylko kręgach poszukiwaczy Zaginionego Lądu).
   Znaleziono w ruinach kilkanaście pochówków – stwierdzono, że to w większości szkielety żeńskie: znaczy się, było miasto olbrzymim Klasztorem Dziewic Słońca – były to prestiżowe miejsca odosobnienia dla cór inkaskich notabli; dziewczyny były poświęcane Inti, Słońcu; raczej nie składano ich w ofierze (chyba, że czasami), częściej zostawały oblubienicami Inki, w teorii syna Słońca. Owe mniszki zajmowały się też tkactwem i innymi podobnymi rzeczami (jakiś czas temu stwierdzono, że część domniemanych żeńskich szkieletów jest jednak męskich, patriarchaty!).
  Może sanktuarium? W końcu jest sporo świątyń i ów gnomon Intihuatana – Kamień, Do Którego Przywiązane Jest Słońce. Podobno największa świętość Imperium. Cóż, bardzo podobny znajduje się też w ruinach Pisaq, więc jeśli było to sanktuarium, to chyba nie ogólnokrajowe. Raczej lokalne – i jedno z wielu.
Intihuantana
  Moja opinia jest taka, że było to po prostu jedno z inkaskich miast. Bardzo podobne – choć mniej znane – są na przykład ruiny Chocaquirao; wspominałem, że dzięki koronawirusowi nie udało mi się tam jeszcze dotrzeć, więc trudno mi wydać wiarygodną opinię.
   Na koniec – nie wiadomo kiedy dokładnie większość ludności opuściła miasto. Może uciekli razem z Manco Inką do Vilcabamby, zaginionej (i odnalezionej przez Toniego Halika i Elżbietę Dzikowską) ostatniej stolicy Inków? A może po prostu, rok po roku porzucali stopniowo swoje siedziby przenosząc się w inne, łatwiej dostępne miejsca? Wtedy musielibyśmy między bajki włożyć romantyczną wizję Indian toporami rąbiących liny i zrywających mosty wiodące do ukrytego miasta. Byłoby szkoda, ale co zrobić.
   No i oczywiście – do dziś nie wiadomo, co się stało ze skarbami Inków. Choć pewne tropy wiodą do Polski...
Pisaq - inkaskie miasto





Krótki słownik:

Inkowie – grupa Indian Kicze/Keczua która stworzyła imperium w Andach.
Tihuantansuyu – Imperium Czterech Części; oficjalna nazwa imperium Inków.
Sapa Inka – tytuł królewski Inków.
Pachaqutec – Sapa Inka, właściwy twórca Tihuantansuyu.
Huayna Capac – wnuk Pachacuteca, za jego rządów imperium osiągnęło największy rozmiar.
Atahualpa – syn Huayany Capaca, pokonał przyrodniego brata Huascara i zasiadł na tronie.
Franciszek Pizzaro – kastylijski szlachcic, konkwistador, opanował Tihuantasuyu.
Manco Inca – Sapa Inka, brat Atahualpy i Huascara, wybrany przez Hiszpanów, ale się zbuntował.
Vilcabamba – ostatnie państwo Inków, powstałe po ucieczce z Cuzco, zniszczone przez Hiszpanów.

24 sierpnia 2020

Machu Picchu cz. 2

Machu Picchu aka Patallaqta
  Po całym dniu drogi po górach i dolinach dotarliśmy (a wraz z nami spora liczba innych turystów) do Aguas Caliente.
   Jest to, jak wspominałem, baza wypadowa do dalszej wspinaczki na Machu Picchu. Oczywiście – zawsze można wjechać na górę. Obecnie biegnie tam szeroka i w miarę równa droga – na pewno lepsza niż ta, którą dojeżdża się do samego miasteczka. Mam nadzieję, że nigdy z tej łatwiejszej drogi korzystać nie będę musiał – ale kto wie, co będę robił na starość. Na razie jednak wybieram wspinaczkę po dużo węższej, kamienistej ścieżce. Ale zanim ruszymy na szlak – jeszcze słówko o Aguas Caliente.
   Pełno tu restauracji dla Białasów, jest bazar – słowem typowa turystyczna osada. Całe szczęście, że noce tu chłodne, więc nie kwitnie za bardzo clubbing, pubing i inne -ingi. Shopping jest, oczywiście. Samo miasto jest dość parchate, a w czasie pierwszej wizyty tak mi jakoś skojarzyło się z nepalskim Katmandu. Może przez kształty domów? Nie wiem – sami pojedźcie, porównajcie, oceńcie.
Aguas Caliente
  Niestety, nie udało mi się jeszcze skorzystać z miejscowych gorących źródeł.
  Wracamy jednak do dalszej wędrówki. Horrendalnie drogie bilety (w końcu Machu Picchu wybrano jednym z Nowych Cudów Świata, a UNESCO doceniło i wpisało na Listę Światowego Dziedzictwa miejsce już dawno) uprawniają oczywiście do wejścia na teren ruin, ale trzeba się tam dostać. Bramki – że tak powiem – otwierają o 6. Chciałoby się rzec – o 6 rano, ale do rana jeszcze trochę. Trzeba wyjść z Aguas Caliente jakoś po 5 i – nierzadko moknąc – podejść do punktu kontrolnego. Tu pierwszy zgrzyt. Kolejka. Olbrzymia kolejka. Naprawdę. Wygląda to całkiem zabawnie, ale jest takie... Cóż, jest to najważniejsza atrakcja turystyczna Peru, ba, chyba całej Ameryki Łacińskiej. Tłumy nie powinny dziwić. Próbuje się z tym walczyć wpuszczając grupy – nie pamiętam, 50-cio? 100-osobowe może, co pół godziny (ilość osób w ruinach jest reglamentowana – ale moim zdaniem i tak jest tam zbyt wielki tłok). W każdym razie – w końcu ruszamy. Wspinaczka – czy też może spacer pod stromą górę – trwa jakieś dwie godziny. Może z górką. Wszystko zależy oczywiście od formy. W czasie podchodzenia wschodzi słońce, czasem przestaje padać (czasem nie), zdarzają się też zaskakujące przeszkody terenowe, właściwie byłoby całkiem przyjemnie, gdyby nie ten tłum (a przecież część osób wjeżdża busikami na górę).
Lama w Machu Picchu
  A na górze wcale nie jest lepiej. Bramki wpuszczające na teren stanowiska archeologicznego są zatłoczone (tu ciekawostka: na wieść, że jesteśmy z Polski obsługa potrafi powiedzieć "Polska, Polska, dzendobry"; więcej to nie, ale można krzyknąć "Albercik, nasi tu byli") – wygląda to miejscami tak jak na otwarciu jakiegoś dyskontu czy supermarketu. Czyli słabo.
   Po ruinach można poruszać się z przewodnikiem – ma to wbrew pozorom sens, zwłaszcza jak ktoś nic o tym miejscu nie wie (a imię takich turystów jest legion) – lub samemu. Wolę samemu, aczkolwiek z przewodnikiem też się zdarzało.
Prekolumbijskie miasto

  Co można powiedzieć o samym mieście? Wygląda naprawdę nieźle. Warto oddalić się trochę w stronę Inti Punku (Bramy Słońca) – stamtąd jest ładna panorama miasta, a nie ma turystów (jest za to przepaść – choć podobno ostatnio założono tam barierki; dranie!). Bo niestety to największy problem. Tłum ludzi robiących sobie takie samo zdjęcie – łapiemy za czubek Wayna Picchu – to ten szczyt wznoszący się nad miastem (same ruiny leżą na przełęczy pomiędzy właśnie Wayna a Machu Picchu; między Młodym a Wielkim Szczytem). Za czubek łapie się przecież paryską konstrukcję pana Eiffel'a, nieudaną kampanilę w Pizie podpiera się, piramidy w Gizie... I tak dalej. Wszyscy zróbmy sobie takie same zdjęcia, wtedy będziemy oryginalni.
   Czasem bywam złośliwy, jedna z moich wad, ale naprawdę nie umiem ukryć satysfakcji, kiedy tłum selfiorobów wpada na platformę skąd robi się właśnie "to zdjęcie", a tam... Mgła. Znaczy, chmury. Spuszczają głowy i idą dalej. A ja chwilę czekam, biała zasłona rozwiewa się i mam panoramę inkaskiego miasta tylko dla siebie. Miodzio.

Mgła
  Nie udało mi się za to zrobić zdjęcia bramy do miasta bez turystów. Obłożenie jest naprawdę wielkie.
   Tłum sprawia też, że naprawdę trudno jest obejrzeć najświętsze miejsce (podobno) imperium Inków – Intihuantanę, Kamień, Do Którego Przywiązane Jest Słońce. Znaczy, taki gnomon – obok prekolumbijskiego ołtarza stoi pracownik i przegania turystów, żeby przechodzili dalej. Miejsca tam mało, więc raz, raz. Do następnej atrakcji.
Intihuantana
   A obiektów dawnego kultu jest w mieście całkiem sporo. Poza Intihuantaną to Święta Skała, Świątynia Kondora czy sadzawki wróżebne. Oczywiście, do czego poszczególne budowle służyły trudno dziś jednoznacznie powiedzieć. Może poza tarasami – te były polami uprawnymi. Użytkowanymi w sumie aż do XIX wieku, ale to tajemnica.
Swiątynia Kondora
  Takich tajemnic w Machu Picchu jest sporo – nawet oryginalna nazwa tego miejsca jest nieznana (choć ostatnio pojawia się słowo Patallaqta - Miasto Schodów). Zresztą o części z nich napiszę w następnym wpisie. Jedną mogę zdradzić teraz: czemuż to miasto położone jest w tak nieprzystępnym miejscu? Czy to tylko względy obronne? Przecież można byłoby mniejszym kosztem wznieść osadę – równie obronną – gdzieś niżej.
Sadzawki wróżebne
   Otóż na początku XXI wieku efekt El Nino spowodował obfite opady deszczu. Urubamba – jak każda górska rzeka wrażliwa na opad punktowy – niezwykle przybrała i zabrała ze sobą sporą część leżącego w dole Aguas Caliente. Ludność ewakuowano drogą powietrzną.
   Efekt El Nino i zmiany klimatyczne nie są czymś nowym – po prostu Inkowie (i ich poprzednicy) doskonale zdawali sobie sprawę z nieobliczalności górskich rzek – i budowali swoje miasta tam, gdzie budowali. Zresztą opisywałem już na blogu sytuację w której mądrość neolitycznych barbarzyńców okazała się nadal aktualna.
   Nie jest Machu Picchu jedynym miastem prekolumbijskim. Nieźle zachowane jest Ollantaytambo czy Pisaq (miejscowość słynąca z targów rękodzieła dla turystów; niestety, niewielu tylko wie, że nad obecnym miasteczkiem górują inkaskie ruiny. W sumie może i dobrze, bo jest tam dzięki temu cisza i spokój.
   Zacnym obiektem jest – podobno – Choquequirao. Ruiny zwane są "drugim Machu Picchu", leżą niedaleko kanionu rzeki Apurimac – ale niestety w roku bieżącym nie dało rady się tam dostać. Na przeszkodzie stanął koronawirus, który uwięził nas w Peru na nadpacyficznych plażach. Następnym razem zatem trzeba będzie się tam udać. To tylko 5 dni w te i na zad.
Kanion Apurimac
   A co do tajemnic Machu Picchu... To czytajcie dalej! - 28.08.2020

Najchętniej czytane

Kiosk

     Po takiej małej przerwie w nadawaniu spowodowanej względami, jak to się ładnie mówi, pozasportowymi, wracam do Sieradza (bo też i tu o...