Tłumacz

15 lipca 2022

Grunwald cz. 2

    Tak więc siedzieliśmy w skwarze (zero cienia) i obserwowaliśmy powolne ruchy odzianych w ciężkie zbroje rekonstruktorów historycznych. W przeciwieństwie do oryginalnej bitwy większość rycerzy atakowała spieszona – ot znak czasów – niemniej kilkuset wojowników robiło wrażenie – zwłaszcza na najmłodszych.

Bitwa
    Przynajmniej tak długo oczywiście, aż dzieciaki od gorąca zaczęły dostawać udaru czy gorączki. Na polu jak wspominałem cienia nie było, punktów z wodą też nie za wiele, a rozochoceni rycerze całkiem długo i zapamiętale okładali się mieczami. Kiedy na dodatek widzowie z dziećmi zaczęli się wycofywać z tej patelni, jako, że nie było wyznaczonych specjalnych ścieżek ewakuacyjnych na widowni zapanował większy chaos niż na polu bitwy – które wyglądało właściwie tak, jak na średniowiecznych czy renesansowych freskach przedstawiających wielkie starcia.
Wymagająca widownia
    W każdym razie w końcu rodzice zabrali swoje pociechy a reszta widzów mogła skupiać się już w spokoju na ruchach wojsk. Patrząc z daleka można było w końcu zrozumieć dlaczego tak wielką wagę w dawnych bitwach miały chorągwie – umożliwiały one sterowanie całymi hufcami oraz były niejako punktem zbornym dla rycerstwa. W trakcie bitwy utrata sztandaru groziła rozbiciem i rozproszeniem sił którejś ze stron – a co za tym idzie prawdziwą masakrą danej armii: w czasie odwrotu napastnik po prostu wyżynał czmychających. W pewnym momencie coś takiego groziło stronie polsko-litewskiej – otóż Krzyżacy zdobyli Wielką Chorągiew Królestwa Polskiego, i tylko szybki kontratak rycerstwa z Ziemi Sieradzkiej uratował resztę wojska od pogromu.

Zdobycie Majorki - fresk z epoki

    Swoją drogą pod Grunwaldem spotkały się dwie szkoły dowodzenia. Jedna, zachodnioeuropejska, zakładała, że wódz naczelny bić się będzie w pierwszym szeregu – i tak uczynił Ulryk von Jungingen, Wielki Mistrz Zakonu Krzyżackiego. Druga, wschodnia, której Jagiełło nauczył się zapewne od Tatarów wodza trzymała z dala od najgorszej rzezi – by z bezpiecznego miejsca mógł kierować batalią i wysyłać posiłki (a i tak w pewnym momencie życie króla Władysława znalazło się w niebezpieczeństwie – hufiec władcy zaatakowała grupka wrażych rycerzy, podobno Jagiełłę ocalił duchowny, Zbigniew Oleśnicki; młodzieniec miał potem masę kłopotów, bo przelał krew, czego kapłanom czynić nie wolno było – dlatego taki biskup Odo, przyrodni brat Wilhelma Zdobywcy, musiał pod Hastings walczyć maczugą – niemniej w końcu został kanclerzem i kardynałem). Jan Długosz dyplomatycznie wspomina o tym złamaniu kodeksu rycerskiego przez Jagiełłę, ale nie czyni mu z tego powodu żadnych wyrzutów.
    Nie mówi też wprost o wytycznych władcy dla rycerzy, sprzecznych z ówczesnymi prawami wojny. Liczba poległych krzyżackich braci zakonnych jasno jednak daje nam do zrozumienia, że zamiast, jak to było w zwyczaju, brać jeńca dla okupu Jagiełło nakazał zasugerował, że należy Krzyżaków wyciąć. Wnioskować też możemy, że Wielki Mistrz został zabity w pojedynku rycerskim przez Mszczuja ze Skrzynna. Wiem, że wszyscy mamy przed oczyma obraz Ulryka von Jungingen ginącego od Włóczni Świętego Maurycego, ale wiekopomne dzieło Jana Matejki to wszak – owszem, genialnie zrobiona – tylko i aż metafora.
    W końcu jednak przedstawienie zmierzało ku końcowi – jak by tam nie było – Wielki Mistrz poległ, a u stóp Jagiełły złożono zdobyczne krzyżackie sztandary których kopie (oryginały niestety zaginęły wywiezione do Wiednia po 1797 roku) stworzone na podstawie niewielkiego dziełka Banderia Prutenorum Jana Długosza do dziś można podziwiać w katedrze wawelskiej.

Katedra wawelska

    Po bitwie – podobnie jak często w Średniowieczu – zaczynał się na grunwaldzkich polach festyn, połączony z pokazami rycerskimi i średniowiecznym jarmarkiem. Właściwie mieliśmy na nim zostać, ale postanowiliśmy wracać – kilka dni wcześniej coś takiego widziałem na sieradzkich błoniach. Znaleźliśmy samochód zostawiony na świeżo zżętym rżysku i mocno umęczeni gorącem ruszyliśmy w drogę powrotną. Na nasze szczęście całkiem niedaleko trafiliśmy na wspaniałą – właściwie pokrzyżacką nawet – wioskę Dąbrówno (dawniej miasto Gligenburg, swoją drogą spalone przez Jagiełłę dwa dni przed starciem grunwaldzkim; zbrodnie tam popełnione sprowokowały Wielkiego Mistrza do przyjęcia walnej bitwy), położoną na przesmyku pomiędzy dwoma jeziorami – Dąbrowa Wielka i Dąbrowa Mała na terenie historycznej Ziemi Chełmińsko-Dobrzyńskiej, o bezprawne przywłaszczenie której tak naprawdę zaczęły się przepychanki polsko-krzyżackie.

Średniowieczny festyn
Ziemia Chełmińska
    Grzechem byłoby z takiej mazurskiej wody nie skorzystać – spłukaliśmy więc zmęczenie i kurz bitewnego pola i w lepszych nastrojach ruszyliśmy dalej.
Jezioro w Dąbrównie
    Tym czasem zaś niemożebny upał przyniósł to, co lubi latem przynosić – nad Polami Grunwaldzkimi rozpętała się porządna burza z oberwaniem chmury – i rano okoliczni rolnicy mieli naprawdę dobry zarobek wyciągając auta mieszczuchów z zalegającego na polach błota. Nam tymczasem się upiekło.
    Ale żeby tak nie kończyć jeszcze wpisu o Bitwie Grunwaldzkiej, to w jeszcze jednej części przemyślenie o co tak naprawdę chodziło z tymi dwoma mieczami? Czy tylko o znaną butę krzyżacką, czy może o coś innego, co zatuszować chciał Długosz wkładając w usta Jagiełły przemowę o pragnieniu pokoju?
Dwa nagie miecze

14 lipca 2022

Grunwald cz. 1

    Był gorący – jak to czasem bywa u nas – lipiec Roku Pańskiego 2010 a my z kolegami właśnie dojeżdżaliśmy do leżącej w dawnych Prusach miejscowości Grunwald. Wraz z nami na pola leżące dookoła niewielkiej wioski przybyło jeszcze kilka, może kilkanaście, tysięcy innych osób – na delikatnie falujących błoniach miała się bowiem odbyć inscenizacja wielkiej średniowiecznej bitwy połączonych wojsk polsko-litewskich z armią państwa Zakonu Krzyżackiego. Tamtego roku oprawa była wyjątkowo bogata – wszak chodziło o okrągłą sześćsetną rocznicę starcia. Była to wielka atrakcja także dla tych, będących zapewne w większości, widzów, którzy na co dzień historią i średniowiecznymi bitwami się nie interesują.

Pomnik Bitwy Grunwaldzkiej

    Mimo wczesnej pory już był skwar – na niebie ani jednej chmurki i palące słońce. Zasiedliśmy na udającym trybunę pobliskim wzgórzu i czekaliśmy na rozpoczęcie batalii. Swoją drogą oryginalną bitwę też obserwowali gapie – w mniejszej ilości zapewne – ale taka była tradycja, aż do nadejścia nowoczesności (plus/minus początek XX wieku): cywile z bezpiecznej odległości obserwowali sobie wojaczkę.
    Podobno w 1410 roku również było skwarnie.

Współczesne pole bitwy

    W każdym razie: usiedliśmy i czekaliśmy na rozpoczęcie przedstawienia. Trochę to potrwało – a wciąż przybywali nowi widzowie – więc może to i pora na krótkie resumee:
    15. lipca 1410 na polach pomiędzy wsiami Grunwald i Tannenberg (dlatego dla Niemców bitwa to to starcie właśnie pod Tannenbergiem – pierwsze; drugie, niezwykle ważne dla niemieckiej mitologii w III Rzeszy odbyło się w czasie Wielkiej Wojny, gdy marszałek von Hindenburg pokonał wojska Imperium Rosyjskiego; była to dziejowa zemsta na żywiole słowiańskim po średniowiecznej porażce Zakonu Krzyżackiego – tak to interpretowano w ówczesnych Niemczech) spotkało się ponad 60 tysięcy wojska by okładać się różnego rodzaju bronią, obcinać kończyny i dekapitować się nawzajem. Liczniejsze wojska (o kilkanaście tysięcy) były po stronie najeźdźcy – koalicji polsko-litewskiej dowodzonej przez Giedyminowiczów Jagiełłę (Władysława) i Witolda Wielkiego (Aleksandra); w jej skład wchodzili także rycerze z księstw mazowieckich, ruskich, Tatarzy i czescy najemnicy z Janem Żiżką na czele (który miał później zostać głównym wodzem Husytów), choć jeśli chodzi o trzon armii – ciężką jazdę i dobrze wyekwipowaną piechotę wojska Zakonu Krzyżackiego (wraz z gośćmi z zachodniej Europy i śląskimi sprzymierzeńcami) dysproporcje nie były aż takie wielkie. Obie strony posiadały też prawdziwą prochową artylerię – na razie tylko jako nowoczesną ciekawostkę, ale już za kilkanaście lat Czesi z Żiżką na czele mieli rozwinąć ją w naprawdę groźną broń. W między czasie wojska zajęły już swoje miejsca – jak chce kronikarz Jan Długosz nasi ukryli się w pobliskim lesie, co w palącym lipcowym słońcu mogło mieć spore znaczenie – obie armie były bowiem silnie opancerzone.
Zbroja z epoki
    Nam bez pancerzy na otwartej przestrzeni było wystarczająco gorąco. Tymczasem zaczęła się inscenizacja – ot niedobrzy Krzyżacy uciążliwi byli dla mieszkańców siół – i tak się też rozpoczęło przedstawienie: pirotechnicznym pokazem palenia strzechy.
Pirotechnika

    Potem zaś nastąpiła scena którą zna każdy w Polsce (a przynajmniej znał jeszcze kilka lat temu, nie wiem jak teraz z wiedzą młodzieży) – oto do króla Jagiełły przyjeżdżają dwaj krzyżaccy posłowie. Zarówno opis u Sienkiewicza, jak i inscenizacja w filmie Forda opierają się dość wiernie na przekazie z epoki – Jan Długosz pisząc swoją kronikę czerpał wiedzę z pierwszej ręki:
    "...król zaś zamierzał włożyć hełm i ruszyć do boju. Nagle zostaje zapowiedzianych dwu heroldów prowadzonych pod osłoną rycerzy polskich celem uniknięcia zaczepek. Jeden z nich, króla rzymskiego, miał w herbie czarnego orła na złotym polu, a drugi, księcia szczecińskiego, czerwonego gryfa na białym polu. Wyszli oni z wojska wrogów niosąc w rękach obnażone miecze, bez pochew, domagając się przyprowadzenia ich przed oblicze króla. Wysłał ich do króla Władysława mistrz pruski Ulryk dodając nadto dumne zlecenie, by podniecić króla do podjęcia niezwłocznie bitwy i stanięcia w szeregach do walki. Król polski Władysław zobaczywszy ich, przekonany, że przychodzą z jakimś nowym, niezwykłym poselstwem, [...] wysłuchuje heroldów. Ci oddawszy jako tako honory królowi przedstawiają treść swego poselstwa po niemiecku w następujących słowach: "Najjaśniejszy królu! Wielki mistrz pruski Ulryk posyła tobie i twojemu bratu przez nas tu obecnych posłów dwa miecze, ku pomocy, byś z nim i z jego wojskami mniej się ociągał i odważniej, niż to okazujesz, walczył, a także żebyś się dalej nie chował i pozostając dalej w lasach i gajach, nie odwlekał dalej walki. Jeżeli zaś uważasz, że masz zbyt ciasną przestrzeń do rozwinięcia szeregów, mistrz pruski Ulryk, by cię przynęcić do walki, ustąpi ci, jak daleko chcesz, z równiny, którą zajął swoim wojskiem, albo wreszcie wybierz jakiekolwiek pole bitwy, byś tylko dalej nie odwlekał walki". Zauważono zaś, że w momencie przemawiania poselstwa wojsko krzyżackie potwierdzając swoje oświadczenie przekazane przez heroldów, wycofało się na znacznie rozleglejsze pole, by dać czynem dowód wierności tajnym zleceniom danym swym heroldom. [...] Król Władysław, wysłuchawszy pełnych pychy i zuchwalstwa słów posłów krzyżackich, przyjął miecze z ich rąk i bez gniewu i jakichkolwiek niechęci, lecz zalany łzami odpowiada heroldom bez namysłu, z dziwną tylko, jakby z nieba daną pokorą, cierpliwością i skromnością. "Chociaż - rzecze - nie potrzebuje mieczów mych wrogów, bo mam w mym wojsku wystarczającą ich ilość, w imię Boga jednak dla uzyskania większej pomocy, opieki i obrony w mej słusznej sprawie przyjmuję tę dwa miecze przyniesione przez was, a przysłane przez wrogów pragnących krwi i zguby mojej oraz mego wojska."
Krzyżackie poselstwo

    Następnie, wedle słów kronikarza, Jagiełło dalej odwołuje się do Boga oraz świętych i z pokorą prosi, by przynieśli mu oni zwycięstwo, gdyż walczy w słusznej sprawie. O ile więc fakt wysłania posłów z mieczami znajduje potwierdzenie w innych źródłach – o tyle relacja Długosza wygląda na nieco sfabrykowaną. Cóż, cny kanonik był naprawdę świetnym propagandzistą, o czym w kolejnych częściach wpisu.
    Tymczasem na polu walki po pamiętnej wymianie zdań obie armie ruszają do boju.
Bitwa

8 lipca 2022

Najznamienitsze atrakcje Sieradza

    Tak jak wspominałem – z turnieju rycerskiego na sieradzkich błoniach wyruszyłem (fakt, nie bezpośrednio) pod Grunwald by być świadkiem rekonstrukcji historycznej z okazji 600-lecia owej znamienitej średniowiecznej batalii.

Wzgórze zamkowe

    Gdyby jednak ktoś przypadkiem chciał jednak w Sieradzu zostać, to postanowiłem przygotować tu krótki poradnik (nie pierwszy na blogu, wszak było już o Podlasiu) po tym powiatowym miasteczku. Z uwzględnieniem trzech tytułowych "najznamienitszych" atrakcji miasta.

Rynek Praski

    Na początek małe przypomnienie – sieradzki zamek został doszczętnie rozebrany (jedyna pozostałość to odrzwia, wbudowane w ścianę miejscowej kolegiaty), stary rynek został zrewitalizowany bardzo kubistycznie a dawny przebieg murów miejskich zaznaczono nic nikomu niemówiącymi tajemniczymi słupami (zwolennicy starożytnej astronautyki pewnie znaleźliby jakieś konotacje między tymi prostopadłościanami a – na przykład – boliwijskim Tiwanaku; ja się nie podejmuję).

Odrzwia sieradzkiego zamku
Tajemnicze konstrukcje w miejscu bramy miejskiej

    Ale o tym, i o tym, że znaleźć w Sieradzu można analogie do Warszawy, już pisałem, we wpisie poświęconym owemu rozebranemu zamkowi. Kto więc będzie sobie chciał, to przeczyta.
    Teraz do rzeczy, czyli trzech atrakcji miasta. Nie dodałem tym razem słowa "najznamienitszych" – można zresztą mniemać, i słuszne to będą przypuszczenia, że używam go z niejakim przekąsem. Żeby jednak nie tracić niepotrzebnie czasu – pierwsza atrakcja, zdecydowanie najbardziej znana.
    Zegar słoneczny.

Słynny zegar słoneczny
    No dobra, ktoś powie, przecież zegary słoneczne znajdują się w wielu miejscach na Świecie, nieraz dużo brzydsze lub okraszone bzdurniejszymi aforyzmami. Ba, wiele z nich będzie jeszcze droższych, choć może niekoniecznie stawianych za publiczne pieniądze. I zgadzam się: to wszystko prawda.
    Znajdźcie mi jednak taki zegar słoneczny, który przez kilka miesięcy stoi całkowicie w cieniu. No, proszę. Jakieś propozycje? Właśnie. A w Sieradzu się udało. Widocznie osoba zań odpowiedzialna chodziła na wagary na geografii i nie zorientowała się, że na naszych szerokościach geograficznych Słońce w trakcie swej pozornej wędrówki po widnokręgu w zależności od pory roku znajduje się na innej wysokości. Nawet obecne władze Warszawy miałyby problem z przebiciem tej inwestycji, chociaż horrendalnie droga Strefa Relaksu czy hodowla kóz na wiślanych wyspach jest podobnej klasy (po namyśle stwierdzam, że jednak przebija: drewniane palety były dużo droższe, a kozy zmarły).
    Pomnik Jana Pawła II.
Pomnik św Jana Pawła II
    Druga z atrakcji. Papież-Polak ma swoje pomniki w większości miast naszego kraju (i uważam, że to przejaw bezmyślnej idololatrii: statua zamiast wsłuchania się w słowa Świętego; do tego zero refleksji), najczęściej takich samych, troszkę kiczowatych, i właściwie całkiem nudnych.
    Władze Sieradza stwierdziły, że nie będą szły za trendami (co mogę pochwalić), zwłaszcza, że darmo dostały – wprost z zakładu kamieniarskiego – autorski pomnik papieża. Postanowiły ustawić go w miejscu dosyć reprezentacyjnym, obok miejskiego teatru (dawne carskie stajnie – ot, taka ciekawostka) i średniowiecznego klasztoru.
    Sęk w tym, że pomnik jest okropny – brzydszy widziałem tylko w Augustowie nad Neckiem w białe dnie nad Kanałem Augustowskim. Ten augustowski, wyrzeźbiony w drewnie przypomina trolla z norweskiej ludowej mitologii, sieradzki zaś sprawia wrażenie jakby był zrobiony z lastryko. Papież wygląda też, jakby był przedstawiony w końcowej fazie choroby na którą cierpiał w ostatnich latach pontyfikatu. Zero witalności.
    Zresztą do pomników jakoś Sieradz nie ma szczęścia – zlokalizowany niedaleko kościoła farnego pomnik ofiar katastrofy smoleńskiej wygląda jakby projektował go kubista-amator zakochany w filmie Kubricka Odyseja Kosmiczna, a banalna statua Anoniego Cierplikowskiego, najsłynniejszego Sieradzanina ginie na rynku pośród nowoczesnych ozdobników placu.
Antoine w czasach paniki koronawirusowej
    Sam zaś Cierplikowski, znany jako Antoine, to jeden z największych fryzjerów XX wieku. W pewnym momencie wyjechał do Paryża, gdzie wynalazł żeńską fryzurę "na chłopczycę". W dziedzinie stylu uważam, że był to jak najgorszy krok, i doprowadził w końcu do aseksualnych fryzur w typie tych noszonych przez Sinead O'Connor. Cierplikowski wrócił do Polski i zmarł w biedzie.
    Plac Wojewódzki.
Komunistyczna dominanta w krajobrazie miasta
    Trzecia atrakcja to założenie urbanistyczne z czasów gdy decyzją władz sowieckich w Polsce utworzono w Sieradzu województwo.
    Zamiast skorzystać z szansy i rozwijać przemysł zaczęto stawiać bloki mieszkalne oraz ohydny gmach urzędu wojewódzkiego. Do dziś jest to dominanta w krajobrazie miasta – a z racji utraty funkcji wojewódzkich budynek nie jest do końca wykorzystywany.
    Czekać tylko, aż ktoś wpadnie na pomysł obłożyć go styropianem – wtedy będzie już całkiem nie do zniesienia.
    Sam zaś plac to dziś wylany nierównym asfaltem zatłoczony parking otoczony budynkami w stylu gierkowskiego modernizmu (inspirowane to było chyba Le Corbusierem, ale socjaliści wszystko potrafią wypaczyć), na szczęście usunięto jakiś czas temu ohydne betonowe rzeźby, nieco bezkształtne, przedstawiające przy bliższym przyjrzeniu się (i popuszczeniu wodzy wyobraźni) podobno Władysława Łokietka i dzieci grające na fujarkach (EDIT: jednak nie usunięto, Łokietek dalej straszy, nie wiem jak fujarkowcy).
    Cóż, wobec powyższych atrakcji naprawdę trudno mi zrozumieć, dlaczego Sieradz nie jest turystyczną stolicą Polski...

Zrewitalizowany stary Rynek

4 lipca 2022

Turniej rycerski

Współczesny turniej rycerski
    Obaj zakuci w stal mężczyźni wznieśli miecze i na dany znak żwawo – mimo ciążących im zbroi – ruszyli ku sobie. Zwarli się, szczęknęło żelazo. Po chwili zaś zaczęli regularnie okładać się ciosami, to przez jedną, to drugą stronę parowanymi tarczami. Wreszcie któryś z walczących nieopatrznie opuścił gardę, co natychmiast wykorzystał przeciwnik trafiając go w głowę. Mężczyzna zachwiał się, a sędzia zawodów dał znak – trafienie prawidłowe, punkt zdobyty, mamy zwycięzcę.
    Tak to w dużym, niepoetyckim, skrócie wyglądają współczesne walki turniejów rycerskich, przynajmniej w formule mano a mano, 1 na 1 (jakby ktoś chciał przeczytać bardziej literacki opis średniowiecznego pojedynku odsyłam do nieśmiertelnych "Krzyżaków" Sienkiewicza). Wraz ze wzrostem popularności grup rekonstrukcyjnych pojawił się bowiem pomysł wskrzeszenia turniejów rycerskich we współczesnej, bardziej sportowej odsłonie.
Turniejowa walka
   Ktoś, kto powie, że to tylko zabawa dla dużych chłopców – będzie miał oczywiście rację. Dla dużych i silnych, bowiem zarówno zbroja, jak i tępa turniejowa broń swoje ważą. Ważyły one także w dawnych wiekach, zwłaszcza gdy możni mogli sobie pozwolić na produkcję specjalnych bezpiecznych zbroi turniejowych. Taki pancerz był cięższy i grubszy od zwykłego bojowego, przez co wspaniale chronił, ale w walnym boju przeciwnik miał nad nim przewagę szybkości i zwrotności – w porównaniu z bitwą pojedynki turniejowe musiały wyglądać jakby były puszczane w slow-motion.
Bojowa zbroja (kirys) z końca XIV wieku
    Skąd jednak idea turnieju rycerskiego? Trochę z nudów, trochę z chęci zysku. Otóż w normalnych czasach rycerz – cytując niezrównanego Waligórskiego – rycerz, rzecz znana wszędzie żył z tego co zdobędzie. Kiedy zaś od czasu do czasu wybuchał pokój dużo trudniej było biednemu wojakowi poprawić swój los. Skrzykiwali się więc chłopaki i w bojowym rynsztunku biegali po lasach polując na wroga. W takiej sztucznej wojnie – podobnie jak i w prawdziwej – nie chodziło o zabicie przeciwnika, a o pojmanie go i zawołaniu zań okupu. Potem koncepcja ewoluowała – i turniej rycerski przemienił się w dworską rozrywkę, gdzie oprócz pojedynków – raczej konno i 1 na 1 – dokonywano i innych popisów zręczności. Wydaje mi się jednak, że taki obraz turnieju jaki znamy z popkultury powstał dopiero u schyłku Średniowiecza, albo i później – wtedy bowiem turniej rycerski zamienia się w wykwintne widowisko. Dość powiedzieć, że wielkim propagatorem – i uczestnikiem – turniejowych potyczek był władca Kostrzyna Jan Hohenzollern, ten po którym na kostrzyńskiej starówce został tylko cokół pomnika. A przecież był to władca stricte renesansowy.
Pozostałość po Janie z Kostrzyna
    Co nie zmienia faktu, że także w Średniowieczu rządzący stawali w szranki turniejowe. Pośród Piastów wielkimi fanami turniejów był choćby Bolesław Rogatka (chory psychicznie władca zwany też Wysokim, Łysym i Cudacznym) czy Jan Ziębicki. Władysław Biały, cierpiący na ADHD ostatni przedstawiciel linii kujawskiej pojedynkował się z kolei z Bartoszem z Węzeborka, drugim po Zawiszy Czarnym najbardziej znanym polskim rycerzem (choć tu pojedynek mógł nie do końca być turniejowym).
    Niemniej wraz z nadejściem nowoczesności koncepcja turniejów rycerskich umarła – choć oczywiście pojedynki honorowe jako takie nadal się odbywały – przynajmniej aż do naszych czasów (czyżby znaczyło to, że honor jako taki przestał mieć znaczenie? Ech, ci komuniści).
Zamek w Malborku
    Powróciły za to turnieje rycerskie – jest to przecież tylko inna forma pojedynków bokserskich czy zapaśniczych. Zawodnicy walczą odziani w ciężkie zbroje w kilku kategoriach (między innymi: miecze, topory, broń drzewcowa), jest sędzia, który jak we współczesnej szermierce zalicza trafienia – słowem: normalny, choć drogi sport. Owszem, kontuzjogenny, ale bez ryzyka nie ma zabawy.
    Do tego od jakiegoś czasu organizuje się także międzynarodowe zawody. Miałem przyjemność być w Malborku – największym ceglanym zamkiem Europy – w czasie gdy trwały tam II Mistrzostwa Świata Walk Rycerskich (pierwsze odbyły się bodajże gdzieś w Portugalii), Tam oprócz pojedynków 1 na 1 były pojedynki grupowe: 3 na 3, 5 na 5, 9 na 9. Taka zabawa polegała na powaleniu jak największej liczby przeciwników (przewrócony przestawał brać udział w zawodach) – i ta forma, najbardziej chyba widowiskowa (porównałbym ją do grupowych zapasów pancerników) w moim mniemaniu najbliższa jest pierwotnym turniejom rycerskim, tym, w których grupa rycerzy biegała po lesie i tłukła się po łbach buzdyganami.
Rycerska wioska olimpijska w Malborku
    Dodam, że owe malborskie mistrzostwa zakończyły się ogromnym tryumfem neo-rycerzy z Polski – występujących wszak nie tylko pod flagą narodową ale i jako reprezentanci Wielkiej Brytanii. Nieźle zaprezentowali się też Litwini – czyli w sumie potomkowie obu nacji które pod niedalekim Grunwaldem spuściły łomot Zakonowi Krzyżackiemu i jego zachodnioeuropejskim gościom.
Polska - Niemcy (fot. M. Korzański)

1 lipca 2022

Wymarsz na Grunwald

    Był początek lipca Roku Pańskiego 2010 i wielkimi krokami zbliżała się okrągła, bo sześćsetna rocznica jednej z największych batalii średniowiecznej Europy – Bitwy pod Grunwaldem (bądź jak chce przegrana strona tego spotkania: I Bitwy pod Tannenbergiem). Czasy były nieco inne niż 100 lat temu, kiedy krakowskie – bo tylko tam można było sobie na to pozwolić – obchody 500-lecia orężnego starcia (w dużym uproszczeniu polsko-niemieckiego) przerodziły się w wielkie patriotyczne święto, okraszone premierą "Roty" Marii Konopnickiej (swego czasu był to jeden z kandydatów do zostania polskim hymnem narodowym) i odsłonięciem Pomnika Grunwaldzkiego.

Wawel w Krakowie - siedziba Jagiełły
    Tym razem główne obchody – jeśli można tak powiedzieć – odbyć się miały na oryginalnych Polach Grunwaldzkich, a głównym punktem miała być wielka inscenizacji odwzorowująca średniowieczne starcie.
Współczesny pomnik na Polach Grunwaldzkich
    Co oczywiście postawiło w gotowości wszystkie polskie (i sporą część zagranicznych) stowarzyszenia rekonstrukcji historycznej – oczywiście te zajmujące się późnym średniowieczem.
    Od siebie dodam, że koncepcja rekonstrukcji historycznej – "żywej historii" – trafia do mnie bardzo mocno. Raz, że jest to świetna zabawa, dwa, że silniej oddziałuje na dzisiejsze społeczeństwo kultury obrazkowej i pozwala ukazać im minione czasy. Poza tym stąd już niewielki krok do "archeologii doświadczalnej", której prekursorem był nieodżałowanej pamięci podróżnik i badacz Thor Heyerdal.
Obóz odpoczywającej wczesnośredniowiecznej grupy rekonstrukcyjnej w Kaliszu
    W związku z tak szeroko zakrojoną akcją jaką miała być wielka rekonstrukcja (choć Bitwa Grunwaldzka odtwarzana jest rok rocznie mniej więcej od początku XXI wieku) bractwa rycerskie bardzo się sprężyły – i w wielu miejscach na kilka tygodni przed planowaną inscenizacją odbywały się liczne średniowieczne festyny. Jako, że w sąsiednim Sieradzu prężnie działa Bractwo Rycerskie Ziemi Sieradzkiej (nota bene chorągiew sieradzka miała w nadchodzącej potrzebie odegrać niemałą rolę, właściwie ratując przed porażką wojska koalicji polsko-litewskiej) taka zabawa, pod hasłem "Wymarsz na Grunwald" (albo "Sieradz rusza na Grunwald" – było to bowiem długie dwanaście lat temu i pamięć może lekko mi zawodzić; nie chce mi się przeszukiwać internetów by przypomnieć sobie oryginalną nazwę, ale ta podana tutaj właściwie oddaje istotę sprawy; w końcu jest prawda czasu, i prawda ekranu). Daleko nie mam, wsiadłem w auto i podjechałem popatrzeć, obejrzeć, spotkać się ze znajomymi. Czy wypić kwas chlebowy – bardzo lubię, świetny w upalne dni (a taki był wtedy), no i w przeciwieństwie do piwa właściwie bezalkoholowy (mówię: właściwie, gdyż kwas, jako produkt fermentacji zawiera odrobinę etanolu, mniej więcej tyle co woda od kiszonych ogórków czy zsiadłe mleko).
Kozłów Biskupi - pamiątka przemarszu pod Grunwald
    Cała impreza odbywała się na sieradzkich błoniach, czyli nadrzecznej łące leżącej niedaleko skansenu oraz – wtedy jeszcze nieuporządkowanego – terenu po dawnym zamku. Niestety, Bractwo Rycerskie Ziemi Sieradzkiej – w przeciwieństwie na przykład do podobnej organizacji z niedalekiej Łęczycy – nie może pochwalić się warownią w której można by organizować jakieś iwenty. O tym zresztą jakiś czas temu wspominałem na blogu (dosyć dawno, więc tutaj przypominajka).
Resztki sieradzkiego zamku
Resztki łęczyckiego zamku
    Oprócz kwasu chlebowego na rozstawionych straganach można było nabyć suweniry – w dużej mierze drewniane miecze czy topory, idealne dla dzieci (oraz dla Autora i jego kolegów) – a zdaje się, że były także średniowieczne garkuchnie (choć żadna nie serwowała niestety słynnej ryby w szarym sosie piernikowym, niezwykle bogatej potrawy będącej znakiem rozpoznawczym polskiej kuchni dawnych wieków). Do tego atrakcją był niewielki turniej rycerski – sport rekonstrukcyjny będący wtedy w powijakach (mamy początek lipca, bitwa za dwa tygodnie, jeszcze zdążę o tym napisać).
Ryba w pierniku - potrawa z czasów Potrzeby Grunwaldzkiej
    W każdym razie chorągiew sieradzka wyruszyła żwawym krokiem (dzień, jak pisałem, był upalny, więc w środku metalowych zbroi musiało być dosyć ciepło) na spotkanie z resztą sił sprzymierzonej armii. Ja ruszyłem jej śladem kilka dni później, na razie zostałem w Sieradzu (jest trochę czasu do bitwy, to zdążę opisać na blogu najśmieszniejsze najciekawsze najdziwniejsze atrakcje miasta), spotkaliśmy się ponownie na Polach Grunwaldzkich – choć oczywiście w różnych rolach.
Wymarsz Chorągwi Sieradzkiej na Grunwald AD 2010
    Warto też dodać, że atak wojsk Jagiełły na ziemie Zakonu Krzyżackiego był jednym z majstersztyków ówczesnej logistyki – wystarczy wspomnieć chociażby konstrukcję mostu pontonowego na dolnej Wiśle w okolicach Świecia w celu szybkiego przerzucenia zgromadzonych wojsk na prawy brzeg rzeki. A i sama bitwa była dla Niemców Krzyżaków olbrzymią klęską (o czym za kilka dni).
Dolna Wisła - miejsce przeprawy wojsk polsko-litewskich

Najchętniej czytane

Astrolodzy i astronomowie

     Jak wspominałem w poprzednim wpisie , mamy w Polsce, na Podkarpaciu, prawdziwe obserwatorium astronomiczne sprzed 3,5 tysiąca lat. Góra...