Tłumacz

24 kwietnia 2026

Kłujki

    Na koniec opowieści o Cykladach powrót na Ios. O wyspie tej wspominałem zdaje się przy okazji pożarów w rejonie Morza Śródziemnego i wspinaczce na najwyższy punkt wyspy. Tym razem będzie dydaktycznie o drodze powrotnej. Znaczy się w dół.
Odżywająca po pożarach makia, towarzyszka wspinaczki
    Żeby też nie było – od razu wyjaśnię – za eksperta od Cyklad się nie mam, byłem tylko na trzech z tych licznych wysp (oprócz Ios także Milos z miejscowością Adamas i – jakże by inaczej – Santoryn, drzewiej Thirą zwany). Nie widziałem Delos, w Starożytności centrum miejscowej kultury a potem olbrzymiego targowiska antycznych niewolników.
Figurka w stylu Delos - choć z Krety
    Wracając do Ios (czy jak powiedzieliby miejscowi Grecy: Nios) – oto lekce sobie ważąc wydeptane owcze i kozie ścieżki stromym marmurowym i nieco nadpalonym zboczem wdrapaliśmy się na szczyt, zajmowany przez nieco zdewastowaną stację przekaźnikową i filigranowy klasztorek pod wezwaniem Świętego Eliasza. Powiedzmy sobie szczerze, kościółek i przybudowana doń izdebka nie były dużo bardziej zadbane, choć sporo wskazywało na to, że co jakiś czas w świątyni odbywają się jednak nabożeństwa. Pokoik częściej jednak od jakiegoś pustelnika zajmować musiały miejscowe kozy (bądź owce – ale, że dookoła same kolczaste zarośla, to obstawiałbym te pierwsze). Na to też były wyraźne dowody. Namacalne, rzekłbym.
Klasztorek św Eliasza
    Równie ciekawa wydała się wieża transmisyjna, pełna sporych anten.
    - Ciekawe – zapytałem mając na uwadze urwisko na jakim wieża stała – w jak wciągają taką antenę, jak im się urwie i spadnie tam w te chynchy?
    - A, o! – kolega wzruszył ramionami wskazał na bębny anten leżących gdzieś w dole – Jak się urwie instalują nową.
    - No tak, po najmniejszej linii oporu.
    Zdążyłem się zorientować, że tu na południu robili wszystko na tak sobie. Późniejsze wyprawy w rejon basenu Morza Śródziemnego tylko mnie utwierdziły w tym przekonaniu. W naszym klimacie nie daliby rady.
Typowa aktywność na wyspach Morza Egejskiego
    Poza tym widoki były naprawdę zacne.
Okolica
    - Jak zejdziemy? - zapytałem niczym nieodżałowany Maklakiewicz w filmie Tak to się robi.
    - A tu prosto, na przełaj – kolega odparł himilsbachowsko; gabarytami też żeśmy pasowali – Co nam się może stać?
    Więc ruszyliśmy, obierając azymut na widniejące w oddali coś – starożytne ruiny konkretnie. Finał wędrówki okazał się dużo mniej groźny niż ten filmowy. Zamiast złamań skończyło się tylko na kilku obtarciach (trzeba było pokonać niewielkie kamienne ścianki) i obfitych pokłuciach.
Mykeńska osada Skarkos widziana ze szczytu Św. Eliasz
    Kiedy bowiem skończyły się leżące podle szczytu pastwiska (miedze oddzielające poszczególne pola wyglądały niezwykle megalitycznie i paleoastronautycznie) rozpoczęła się makia.
Podejrzane miedze
    Ha! Makia, na dodatek nie spalona, jak na innych zboczach. W podstawówce na geografii było mówione, że to śródziemnomorskie zbiorowisko roślinne, na które składają się sucholubne kolczaste zarośla. Ale że tak kolczaste, że kłuły przez grube spodnie, no to bym nigdy nie powiedział. A my, jak te waryjoty, poszli w te chynchy. Na skróty. Nie będę odkrywczy, że podróż trwała finalnie dłużej niż gdybyśmy zeszli ścieżką. Nie bylibyśmy też pokłuci. Mówi bowiem stare przysłowie: kto drogi prostuje, w polu nocuje (albo: kto drogi skraca, do domu nie wraca; myślałem zresztą, czy by takiego tytułu wpisowi nie dać, ale jak sobie przypominałem poszarpane spodnie i podziurawione nogi to jednak wróciłem do kłujek; zresztą o skrótach i związanymi z nimi wtopami kiedyś na blogu wspominałem). Całe szczęście udało się zdążyć przed nocą. No prawie. W każdym razie kiedy już doszliśmy do mniej dzikiej dolinki – zaczęły się oliwne gaje – do uszu dotarły do nas odgłosy pracującej siekiery. Pracującej niezwykle, rzekłbym, interwałowo.
Gaj oliwny - acz nie na Ios
    Rychło okazało się, że za hałas odpowiada starszy pan. Widząc nas przerwał ciężką robotę (znaczy: dziesięć uderzeń siekierki, kilka minut odpoczynku) i... Jak ktoś myślał, że zakutał nas toporkiem to nie zna ludzi na wsi. Pan Ioannes (czyli Jan) zaprosił nas byśmy sobie siedli, chwilę porozmawiali. W Grecji jest to powien problem, jako, że nie uznają oni innych języków. W każdym razie udało nam się zrozumieć, że Ioannes, obdarzony wielkim bujnym siwym wąsem na Ios się urodził i nigdy tej wyspy nie opuścił (tego akurat pewny nie jestem), a teraz powolutku ciapie sobie oliwki, które mają niezwykle twarde drewno. My z kolei powiedzieliśmy, głównie na migi, że jesteśmy z Polski i idziemy stamtąd tam. Po chwili w atmosferze wzajemnego zrozumienia rozstaliśmy się – my dreptając ku owym antycznym ruinom, Ioannes do rabowania oliwnych pni.
Homer - nieco bardziej znany mieszkaniec Ios
    Do ruin Skarkos wcale łatwo trafić nie było, zwłaszcza jeśli straciło się je z oczu. Do tego zaczęło zmierzchać. O dziwo spotkaliśmy miejscową, ale przy pytaniu o drogę znów wyrosła bariera językowa. W końcu dziewczyna machnęła ręką na rozmowę i podprowadziła nas do odpowiedniej ścieżki. Stanowisko archeologiczne z czasów mykeńskich (czyli wojny trojańskiej, jak by nie patrzeć) okazało się zamknięte. Nie wiem, czy na stałe, czy tylko na zimę. Brama wyglądała na dawno nie otwieraną. Płot zaś na łatwo przekraczalny. I antyczni bogowie są mi świadkami, że chętnie zapłaciłbym za bilet, gdyby było komu. Ale nie było, więc po uliczkach dawnej mykeńskiej wioski – albo miasta, zabudowa była zwarta – pospacerowałem całkiem za darmo.
Skarkos o zmierzchu
    I od tamtej pory na Cykladach nie byłem. Podejrzane.
Pożegnanie z Cykladami

17 kwietnia 2026

Cykady na cykladach

    Na blogu o wyprawie na Cyklady – i okolicznościach jej podjęcia – było wiele lat temu (co oznacza, że sama rajza odbyła się kiedy słońce podpierano kołkami a bramy trojańskie zamykano na zatrzaski dawno), w każdym razie (bo kto chce, to sobie przeczyta, o tutaj choćby). W każdym razie efekt był taki, że w pewnym momencie zalegliśmy w prawdziwym oliwnym gaju na łanach przypominającego koniczynę szczawika w cykladzką zimę.
Gaj oliwny
    Termometr mógł wskazywać jakieś 20 stopni Celsjusza – dla miejscowych ziąb – słońce sprawiało, że było smaszno i smutcholijnie, zbłąkinie rykoświstakały miło. Trwała też zima, więc wyspy w dużej mierze były opustoszałe. Nie mówię tylko o turystach – także część miejscowych na ten czas jechało do miasta, czyli głównie do Aten (dla współczesnych Greków wszystko poza aglomeracją stolicy oraz Salonikami to prowincja). Przez co trudniej było na Cykladach znaleźć nocleg – a przynajmniej taki w przystępnej dla polskiego studenta sprzed jakichś dwudziestu lat. Dla młodszych czytających: horrendalnie tani. Ale o tym już wspominałem, zdaje się w poprzednim wpisie. W każdym razie normalne łóżko udało się znaleźć tylko na Ios, jednej z trzech odwiedzonych podówczas wysp.
Złote popołudnie
    Pierwszą był Santoryn – tu byli turyści, tu były nawet lokalne połączenia autokarowe (o czym zresztą dawno temu wspominałem; jazda miejscowym pekaesem stanowiła spore wyzwanie). Tu też przylecieliśmy z Aten. Lotnisko na Santorynie jest malutkie, samolot zaparkował (może ubarwiam) ze sto metrów od kameralnego terminalu (wielkości, powiedzmy, jednej czwartej Biedronki). Nie dane nam było pokonać tej drogi pieszo: podjechał nowoczesny autobus i zawiózł nas na terminal niezwykle okrężną drogą, marnotrawiąc czas i przepalając paliwo. Ot, południowa rozrzutność (nic dziwnego, że po przyjęciu podejrzanej waluty z namalowanymi oknami Grecja w końcu zbankrutowała). Po wyjściu z lotniska urzekł nas natomiast widok motoroweru sklejonego na słynną szarą taśmę. Lusterka i zderzaki były normą, ale motorower? Nawet w Dzikich Krajach używają trwalszych trytytek do naprawy. A tu proszę. Szara taśma. Urzekające były też winnice, niepodobne do innych. Krzew winny uformowany był w niewielką płożącą się spiralę, wyglądało na to, że owoce zbierano tu właściwie z gruntu. Wyglądało to dziwnie, ale okazało się czymś niezwykle mądrym. Ten antyczny sposób uprawy winorośli zapobiegał zniszczeniom jakie wywoływać mogły wiejące tu nieraz porywiste wiatry. Od czasu pierwszych neolitycznych upraw wielokrotnie udowadnialiśmy, że dostosujemy się do każdych warunków. Równie starożytne co metody uprawy było lokalne wino. Czy raczej napój winopochodny. Grecy bowiem, naśladując swoich klasycznych przodków nadal od czasu do czasu zaprawiają wino wyciągiem z sosny (coś mi podpowiada, że może to być terpentyna). Zwie się to retsina i wbrew pozorom nie zaciąga igliwiem. Nie ma też nic wspólnego, mimo podobnej nazwy, z rycyną (otrzymywaną z owoców nomen omen czyśćca).
Cykladzka winnica
    Jeżeli chodzi o alkohol to urzekło mnie coś innego. Oto w lokalnym sklepiku – nie na turystycznym Santorynie – stał cały regał napoju zwanego raki. Chodzi oczywiście o popularny winiak, destylat z winogronowych wytłoczyn [EDIT: poprawiono mnie, jakoby winiakiem zwać można było ino wypalankę z wina, czyli brandy; nie wiem, co o tym sądzić, wypalanka wszak to wypalanka], wytwarzany w wielu miejscach globu, znany pod różnymi nazwami. Tu jednak byliśmy w Unii E***pejskiej... Czas był taki, że i my też już byliśmy, i powoli zaczynaliśmy dostrzegać brukselską biurokrację i średnio sensowne ograniczenia. A tu ów mocny alkohol stał sobie w plastikowych butelkach bez akcyzy w gieesie. Wyglądało, że zimą na Cyklady unijni komisarze nie dopływali. Nie wiem, czy teraz – po bankructwie kraju – dopływają.
Cykladzki widok mający odwrócić uwagę komisarzy Unii E***pejskiej
    Generalnie sporo rzeczy działało tu na słowo honoru – czyli tak, jak działać powinno. Choć oczywiście w naszym klimacie taka dezynwoltura nie jest możliwa. Ot, zimy są dużo groźniejsze i trudniejsze do przeżycia. A tu? Człowiek zgłodnieje, to sobie wyjdzie z chatynki, podejdzie na wybrzeże, zarzuci kija, i na pewno coś złowi. A już całkiem leniwy po prostu pozbiera między kamieniami małże. Względnie wyśle żonę i dzieci.
Suszenie ryb
    Tak więc Cyklady wtedy całkowicie mnie urzekły – a jak wspominałem, byłem tylko na Santorynie, Ios i Melos (a koło Sikinos tylko przepływałem). Nie wiem, jak po tylu latach bym na nie zareagował, może znów się wybiorę.
Santoryn
Ios
Melos
Sikinos
    I może spotkam cykady – bo na razie nic o piewikach (jak inaczej zwie się te owady) nie było. Bo też i być nie mogło. Hałaśliwe te stworzenia uaktywniają się bowiem dopiero gdy temperatura grubo przekroczy 20 stopni Celsjusza. Zimą więc siedzą sobie w ciszy. A – trzeba to powiedzieć – potrafią wspaniale dać do wiwatu. Człowiek chce sobie odpocząć, bo upał wyciska resztki energii, a te tłuką niczym Cyganie patelnię (więc Maanam w piosence lekko ubarwia). Jak ktoś przyjeżdża na chwilę, to może się to spodoba, ale wystarczy dłużej tu poprzebywać, i szlag trafia człowieka. Na dodatek samego zwierzaka dosyć trudno zauważyć. Widziałem kilka razy – nigdy w Polsce (a mamy cztery gatunki). W amazońskiej dżungli z kolei widziałem struktury przez tamtejsze cykady budowane.
Czyżby cykadowa rurka?
    O ile oczywiście były to cykady. Tak twierdził przynajmniej nasz cicerone, a ja znam się na makrozoobentosie słodkowodnym, trudno więc mi zweryfikować te informacje (nauczony też jestem nie do końca wierzyć przewodnikom).
    Co to zaś makrozoobentos wyjaśnię W. Sz. Czytelnikowi w następnym wpisie. No dobrze, w zanastępnym, bo teraz jeszcze na chwilę pozostanę na Cykladach.
Chwila na Cykladach - Adamas

10 kwietnia 2026

Adamas z Milo

    Może znawców sztuki przedstawiona w poprzednim wpisie Afrodyta z Palepaphos rozczarowuje (wszak technicznie jest to zwykły betyl, szeroko rozpowszechniony wśród plemion semickich wizerunek – symbol – bóstwa a nie rzeźba) ale lata rozwoju postaci (jak powiedzieliby fani gier RPG) sprawiły, że pojawiły się i bardziej artystyczne wyobrażenia bogini.
Afrodyta z Pafos - wersja oryginalna Kyprydy
    Najsłynniejszy z owych wizerunków to tak zwana Wenus z Milo. A właściwie, jakbyśmy powiedzieli poprawnie, Afrodyta z Melos. Wiecie, ta hellenistyczna prawdopodobnie kopia wcześniejszej greckiej rzeźby przechowywana (i udostępniana dla zwiedzających; warto zobaczyć, zwłaszcza, że w zatłoczonym muzeum i tak wszyscy biegną do portretu jakiejś włoskiej puci z Florencji) w paryskim Luwrze. Co prawda nie ma rąk (były, ale się urwały), ale Salwador Dali domontował jej w swojej wersji szufladki. Ot, taka sztuka. Swoją drogą to nie jedyna antyczna rzeźba Afrodyty z utrąconymi rękami. W poprzednim wpisie wspominałem o Wenus Taurydzkiej, eksponowanej w petersburskim Ermitażu. Jako ciekawostkę dodam, że hellenistyczna rzeźba nie pochodzi z Krymu. Do Petersburga trafiła jako dar papieża dla cara Pawła, a przechowywana była w Pałacu Taurydzkim, nazwanym tak na cześć opanowania tatarskiego chanatu na tym półwyspie przez Imperium Rosyjskie.
Wenus Taurydzka z Ermitażu
    Ową paryską Wenus z Milo znaleziono w XIX wieku na polu właśnie na wyspie Melos. To jedna z cykladzkich wysp, przez wieki znana głównie z dialogu melijskiego – zmyślonej przez Tukidydesa w swojej Wojnie Peloponeskiej dyskusji ateńskich posłów z Melijczykami. Dialog taki – jeśli się odbył – przebiegał zapewne inaczej, podobnie jak słynne "gwardia umiera ale się nie poddaje" oryginalnie zabrzmiało dźwięcznym francuskim merde. Chodziło tu o to, że Melos – jako jedyne z cykladzkich poleis nie wchodziła w skład ateńskiej Symmachi. A czasy były takie, że kto non est mecum, contra me est, i dla Ateńczyków było jasne, że skoro Melos nie jest ateńskim sojusznikiem wspiera Spartę. Attyckie triery podpływają więc pod wyspę, i z pozycji mocarstwa, sugerują przyłączenie się do Związku Morskiego. Melijczycy coś tam bredzą o wolności, ale w związku z przewagą napastnika ulec muszą. To zresztą standardowa procedura wymuszenia, znana i z radością stosowana do dziś w stosunkach międzypaństwowych. Czym innym, jak nie brutalną demonstracją siły było wysłanie przez Niemcy nie wiadomo kogo nazistów bombowców nad Rotterdam? No właśnie.
Resztki weneckiego zamku i panorama Melos
Upamiętnienie zniszczenia Rotterdamu
    Co do Melos – W. Sz. Czytelnik zapewne pamięta, że wiele lat temu podjąłem wyprawę właśnie na ową wyspę (jak nie pamięta, albo mu ten Niemiec co to wszystko chowa zabrał, albo zwyczajnie nie czytał – wspominałem o tym przy okazji wpisów o Santorynie, także cykladzkiej wyspie, TU, a zwłaszcza TUTAJ). Wcale nie po to, by odnaleźć ręce Afrodyty (te podobno ukruszyły się już po odkryciu rzeźby) ani podumać nad marnością słabych w czysto darwnistycznym świecie polityki i stosunków międzynarodowych. Nawet nie by wspomnieć wojny peloponeskie. Ot, stolica wyspy nazywała się Adamas.
Panorama Adamas
    Adamas albo Adamantas – wspominałem jakiś czas temu, że Grecja ma pewien problem z językiem. W czasach tak zwanej dyktatuty Czarnych Pułkowników rząd centralny postanowił – w ramach chyba źle rozumianego nacjonalizmu – zreformować grecką mowę. Mianowicie postanowiono zanegować tysiąc lat rozwoju greki bizantyjskiej, pięćset tureckich naleciałości i wrócić w warstwie leksykalnej (nie tylko) do koine, greki klasycznej (opartej w dużej mierze na starożytnym dialekcie attyckim). Formę tą nazwano katharewusa, oczyszczoną, i przez kilkanaście lat usilnie nauczano tak młodzież. Po upadku reżymu powrócono do greki codziennej, będącej efektem powolnej ewolucji języka, ale pozostało pokolenie mówiące odmianą oczyszczoną. W jednej z nich (a może i w obu) diament to adamas. Dla jasności dodam, że nie mam greckich korzeni, a moje nazwisko i diament to zwykłe homonimy.
Francuski cmentarz wojskowy w Adamas/Adamantas - dowód na skomplikowaną historię Melos i dwie nazwy miasteczka
    Ale nazwa jest nazwa – ruszyliśmy wraz z kolegą na podbój Cyklad. Była zima, co stanowiło pewien problem. Jedyną wyspą odwiedzaną w takim okresie był cudowny Santoryn. Co oznaczało, że właściciele jakichś pensjonatów czy innych kwater na wynajem tłumnie opuszczali swe letnie siedziszcza i jechali przezimować do Aten. Widać wiatr i kilkanaście stopni Celsjusza potrafiły przegnać potomków dawnych odkrywców i kolonizatorów (dobra, wiem, w Starożytności prawie wcale nie żeglowało się zimą po Morzu Śródziemnym, a dziś połączenia promowe między wyspami są całoroczne, z czego w sumie obficie korzystaliśmy). Co oznaczało, że znalezienie noclegu w przyzwoitej dla biednego polskiego studenta cenie graniczyło z niemożliwością. Tak więc łóżka zaznaliśmy raz tylko, na Ios, tak to spało się gdzie popadnie. Przygoda przewspaniała, ale dziś chyba bym się nie podjął. Bo tu boli, tam boli, spać na zimnych marmurach... Poza tym trochę bardziej już los sprzyja (los dollares, oczywiście). Zdziadział człowiek trochę. No, albo dorósł, zależy jak na to spojrzeć.
Żeglowanie po greckich wodach
    W każdym razie wróciliśmy z dość intensywnego spaceru – pieszego oczywiście – po wyspie i skierowaliśmy swe kroki do jedynej w Adamas otwartej portowej tawernie. Prom mieliśmy dopiero nad ranem, więc plan był przesiedzieć jak najdłużej w lokalu, a potem czujnie przedrzemać – na marmurach – w nieodległym terminalu portowym. Znaczy, taka chatka to była. Odmrożenia nerek uniknęliśmy, bo ktoś zostawił tam jakieś deski, i dużo milej było na nich rozłożyć śpiwory. W każdym razie w pobliskich krzakach ukryliśmy mandżur i zakupy, i poszliśmy zakosztować miejscowego wina na kolację. W lokalu siedziało kilku miejscowych. Tak siedzieliśmy, aż w końcu koledze odpalił się tryb Zorby. Przecież byliśmy w słonecznej (choć zimowej akurat) Grecji, a tu taki smutek. Przyznałem mu rację. Przeliczyliśmy fundusze, po czym kolega podszedł do baru okupowanego przez autochtonów i w moim imieniu postawił po lampce wina, gdyż – tu wskazał na mnie – nazywam się tak samo jak miasto, i z tej okazji et cetera et cetera.
Jeden z landszaftów na Melos
    Czy miejscowi zrozumieli? Nie wiem. Uprzejmie wypili, ale upadł tutaj mit radosnych Greków, Dalej z ponurymi gębami siedzieli przy barze, impreza się nie rozkręciła. Resztę wieczoru bawiliśmy się więc już tylko w naszym gronie.
    Obudziłem się w porcie – znajomy szarpał mnie za ramię:
    - To chyba nasz prom – wskazał na majaczący w pobliżu czarny, czarniejszy niż noc, kształt – Chodźmy.
    Faktycznie, to był prom. I prawdopodobnie nasz. Port w Adamas nie był jakoś przesadnie oblegany o tej porze roku. Wzięliśmy nasze tobołki i ruszyliśmy do abordażu. Zatrzymał nas jakiś elegancko odziany jegomość, niechybnie członek załogi.
    - Dokąd? - zapytał, całkiem w sumie uprzejmie.
    - Na prom, no bo gdzie? - odparliśmy.
    Jegomość popatrzył na nasze zmęczone kilkudniową tułaczką oblicza.
    - Macie bilety? - zapytał nieco podejrzliwie.
   - A jakże! - pewny siebie włożyłem rękę do kieszeni i wyciągnąłem plik papierów.
    Trzeba bowiem wiedzieć, W. Sz. Czytelniku, że będąc czasem człowiekiem nieuporządkowanym na wszelkiego rodzaju wyjazdach staram się trzymać wszystkie ważne dokumenty podróżne zawsze w tym samym miejscu – by uniknąć niepotrzebnego stresu związanego z poszukiwaniem onych w razie w. Tym razem wszystkie zakupione wcześniej promowe bilety miałem w kupie. Wyjąłem więc pliczek, przejrzałem. I zamarłem. Popatrzyłem z przerażeniem na kolegę – biletów nie było. Poczęła łapać mnie niewielka panika – utkwienie na Melos dłużej wiązało się ze zrujnowaniem całego dalszego planu podróży, łącznie z lotem z Aten z powrotem do Polski. Kolega wzruszył ramionami. Marynarz czekał. Nabyte w lokalu promile spadały. Schowałem plik biletów w ową boczną sakwę, i zrezygnowany włożyłem ręce do normalnych kieszeni. Coś mi jednak nie grało. W jednej miałem jakiś śmieć. Kawał papieru. Nie lubię mieć śmieci, więc wyjąłem go chcąc wyrzucić. Coś mnie jednak tknęło. Rozwinąłem kulkę. Ciśnienie zeszło. Były to nasze bilety. Uśmiechnięty szeroko (podobno gdyby nie uszy odpadłoby mi pół głowy, tak szeroki był to uśmiech) podałem członkowi załogi. Pokiwał głową, że ok, są bilety, ale jeszcze nas nie wpuści na pokład. Pokiwaliśmy głowami, ale, że jako, że wracać już nam się nie chciało, mimo sprzeciwu załoganta, zalegliśmy na pokładzie dla samochodów. Byliśmy pewni, że bez nas nie odpłynie. A po przysłowiowej półgodzinie marynarz zawołał nas i wskazał schody, Mogliśmy się okrętować i iść poszukać miejsca do spania na pokładzie dla ludzi.
    W jaki sposób bilet z bezpiecznej skrytki przetransportował się pomięty do innej kieszeni było dla mnie pewną tajemnicą. Dopiero jakiś czas później kolega spróbował zrekonstruować bieg wydarzeń:
    - Prawdopodobnie – zaznaczył – było tak, że zobaczyłem prom po wyjściu z baru, i spanikowany kazałem ci iść nas zaokrętować. Pokazałeś bilet, nie wpuścili, bo dopiero przypłynęli i sprzątali, wkurzyłeś się, zgniotłeś bilet, wrzuciłeś w kieszeń i poszliśmy spać do portu. Dobrze, że go nie wywaliłeś.
    Cóż, naprawdę jestem już na to za stary.
Sentymentalny zachód słońca nad santoryńską kalderą

Najchętniej czytane

Dzień Zwycięstwa

     Tak, wiem, składam samokrytykę – miało być o makrozoobentosie, ale akurat trafiła się okrągła 81. rocznica zakończenia II Wojny Świat...